X Używamy plików cookie i zbieramy dane m.in. w celach statystycznych i personalizacji reklam. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, więcej informacji i instrukcje znajdziesz » tutaj «.

Numer: 19582
Przesłano:

Scenariusz przedstawienia "O dwóch takich, czyli praca popłaca"

Scenariusz przedstawienia „O dwóch takich, czyli praca popłaca”

Opracowanie: Ireneusz Chojnacki
Scenariusz na podstawie książki Kornela Maruszyńskiego „O dwóch takich, co ukradli księżyc”

Scena I

Muzyka – Klasy I-III „Witajcie w naszej bajce”

Narrator: Było kiedyś na krańcu świata małe, ubogie miasteczko, tak stare, że ludzie zapomnieli o jego istnieniu. Nazywało się Zapiecek. Miasteczko było ciche i spokojne. Nic tam się nie działo. Aż pewnego razu w małym domku przyszły na świat bliźnięta.

Wchodzi matka z dziećmi, które okropnie się wydzierają

Matka: Śliczności wy moje! Moje milutkie bobaski!

Wbiega burmistrz

Burmistrz: Co się tu u was dzieje?! Spać nie można!
Ojciec: Witajcie panie burmistrzu. Źle się dzieje, mam wprawdzie dwóch synów, ale nie wiem, co z tego będzie. Mają bardzo donośne głosy...
Burmistrz: Tośmy słyszeli, ale dlaczego tak krzyczeli?
Ojciec: Nikt nie uwierzy dlaczego. Tak są do siebie podobni, że własna matka nie może ich odróżnić, więc jednemu przywiązaliśmy do nogi czerwoną wstążkę, a drugiemu białą. Wtedy ten, co dostał białą, rozgniewał się i chciał zerwać bratu czerwoną, bo mu się widać, bardziej podobała, a tamten nie chciał oddać. Powstał z tego taki krzyk, że w końcu zdjęliśmy im tasiemki.
Burmistrz: Dziwne rzeczy. A teraz śpią?
Matka: Wcale nie śpią, tylko jeden patrzy nieustannie na drugiego i uważa, czy ten drugi nie dostał czegoś, czego on nie ma.

Burmistrz przygląda im się z zaciekawieniem

Burmistrz: Oczy mają bardzo mądre, ale bardzo przystojni nie są, a jeden i drugi ma na twarzy takie piegi, że wyglądają jak nakrapiane jajka.

Burmistrz łapie bliźniaków za policzki

Burmistrz: A gugugugugu...

Nagle malcy gryzą burmistrza w palce

Burmistrz: Co? Z zębami na osobę urzędową?!
Matka: Przecież oni nie mają jeszcze zębów.
Burmistrz: Co z nich wyrośnie?! Co z nich wyrośnie?!
Narrator: Przewidywania burmistrza miały sprawdzić się szybko. Chłopcy apetyt mieli wspaniały. Rośli więc jak na drożdżach, dając się przy tym wszystkim we znaki.
Burmistrz opuszcza scenę. W tym czasie zostaje włączona muzyka „Dwuosobowa banda” – 1.

Muzyka – Chór „Poco a poco”

Scena II

Narrator: Chłopców ostatecznie nazwano Jacek i Placek, ale jak się który nazywał, nikt nie wiedział, bo tacy byli podobni do siebie, że nie sposób ich było odróżnić. Prawdziwe kłopoty zaczęły się jednak dopiero wtedy, kiedy poszli do szkoły, bowiem były to największe urwisy w klasie.

Wchodzi nauczycielka i zaczyna dzwonić na lekcję. Po chwili schodzi się klasa i wszyscy siadają na podłodze.

Nauczycielka: Witam wszystkich! Wasza dotychczasowa wychowawczyni nagle się rozchorowała, tak samo jak poprzednia. Jestem tu na zastępstwie i chętnie poznam was bliżej. Co możecie mi opowiedzieć o waszej klasie?

Muzyka – Klasa III a „Nasza klasa 3 a”

Kiedy piosenka się skończy, na scenę wchodzi burmistrz, który trzyma za uszy Jacka i Placka

Burmistrz: Zdaje się, że zgubiły się pani dwa gołąbeczki. Przyłapałem ich w moim sadzie, jak ogołacali moją najpiękniejszą jabłoń z jej owoców.
Jacek: Byliśmy strasznie głodni!
Placek: Przecież my cały czas rośniemy, musimy dużo jeść!
Burmistrz: Ale nie moje jabłka!
Nauczycielka: Dziękuję, panie burmistrzu. Myślę, że teraz chłopcy będą się już dobrze zachowywać. Siadajcie proszę.

Burmistrz wychodzi, kiwając głową

Nauczycielka: No więc, chłopcy, może byście się tak przedstawili.
Jacek i Placek: Jacek i Placek.
Nauczycielka: A który jest który?
Placek: Jestem Placek, a czasami Jacek.
Jacek: A ja jestem Jacek, a czasami Placek.

Nauczycielka przygląda im się uważnie

Nauczycielka: Ty jesteś Jacek, a ty Placek.
Placek: Tak.
Jacek: Nie.
Nauczycielka: Przed chwilą twierdziłeś, że jesteś Jackiem, a ty Plackiem.
Placek: To było przed chwilą, ale jak już wspomniałem, czasami jestem Jackiem, a on Plackiem.
Nauczycielka: To kim jesteś teraz?
Placek: Sobą.
Nauczycielka: A on kim jest?
Placek: Też sobą.
Jacek: Ale za chwilę nie będziemy już sobą. On będzie mną, a ja nim.
Nauczycielka: Macie mi natychmiast powiedzieć, który jest który!
Placek: No przecież cały czas mówimy. Jestem Jacek, a on Placek.
Jacek: Nie, to ja jestem Jacek, a on Placek.
Nauczycielka: Mam tego dość! Obaj wynoście się z mojej klasy, a jutro chcę się widzieć z waszymi rodzicami!

Słychać dzwonek na przerwę, klasa wybiega

Narrator: Tak to już było z największymi urwisami w całym Zapiecku. Cały czas wpadali w jakieś tarapaty. Należałoby tutaj również dodać, że chłopcy apetyt mieli za stu i jedli prawie wszystko, co tylko wpadło w ich ręce. Za to wcale nie lubili pracować.

Na scenie pojawia się matka, która sadzi coś na polu

Matka: Pomóżcie mi synkowie!
Jacek i Placek: Co, my? Nie ma mowy, w nogi!

Jacek i Placek uciekają, a matka schodzi ze sceny. Jacek i Placek z powrotem wracają na scenę

Jacek: Bardzo głupi pomysł kazać nam pracować.
Placek: Nikt nas do pracy nie zmusi.
Jacek: Nigdy! Przenigdy!
Placek: Słuchaj, Jacek, musi być taki kraj na świecie, gdzie nikt nie pracuje.
Jacek: Bo wszystko samo rośnie.
Placek: Samo się zbiera.
Jacek: I samo wskakuje na talerz.
Placek: Więc uciekajmy.
Jacek: A matkę samą zostawimy?
Placek: Poradzi sobie.
Jacek: Więc zabierajmy chleb i w nogi.

Muzyka – „Pełny luz”

Scena III

Po scenie wędrują Jacek i Placek

Placek: Ale ten chleb ciężki.
Jacek: Ciężki, bo duży. A jak coś jest duż,e to musi być ciężkie.
Placek: Ile to się trzeba napracować, żeby nie pracować.

Chłopcy rozpakowują worek z chlebem. Jacek stuka palcem w chleb i robi ponurą minę.

Jacek: Ale ten chleb twardy. Nie da się ugryźć.
Placek: Dawaj, ja spróbuję. Au! Ten chleb jest z kamienia.

Narrator: I rzeczywiście, bo jeśli Placek nie był w stanie czegoś ugryźć, to musiało to być twarde jak skała. Chleb bowiem zamienił się w skałę za karę, że został ukradziony. A chleb lubi żeby go szanować. Chłopcy zostawili zatem niedokończony posiłek i ruszyli w dalszą drogę. Nie byli jednak przygotowani na to, co ich wkrótce miało spotkać.

Jacek i Placek idą dalej. Nagle Jacek uderza w coś niewidzialnego.

Jacek: Ej, co jest?
Placek: Co masz na myśli?
Jacek: Tu jest jakaś ściana, tylko jej nie widać!

Placek dotyka niewidzialnej ściany

Placek: Masz rację! To jak dalej przejdziemy, kiedy tu przejścia nie ma?
Jacek: Jeszcze nie wiem jak, ale pamiętaj, że gdzieś tam czeka na nas cudowna kraina, w której nic nie trzeba robić.

Kiedy Jacek i Placek siadają, za nimi wbiegają na scenę mimy i zastygają w bezruchu.
Po chwili w ich stronę zbliża się mim, niosąc coś niewidzialnego na ramionach.

Placek: Ej, Jacek, zobacz, ktoś idzie w naszą stronę!
Jacek: Ej, ty dziwny, w czarnym stroju, nie wiesz przypadkiem, jak przejść przez tą niewidoczną ścianę?

Mim zatrzymuje się i patrzy na nich, po czym kiwa twierdząco głową

Placek: Jak wiesz, to nam pokaż.

Mim obrysowuje ręką zarys drzwi, po czym wyciąga z kieszeni niewidzialny kluczyk, wkłada go do zamka i otwiera, oczywiście niewidzialne, drzwi.

Jacek: Ja cię kręcę! Jeszcze czegoś takiego w życiu nie widziałem!

Wraz z przejściem wszystkich przez niewidoczne drzwi, wszystkie pozostałe mimy nagle ożywają i wykonują swoje zwykłe, codzienne obowiązki - PANTOMIMA
Po chwili mim, który przeprowadził chłopców przez niewidzialne drzwi, klaszcze w ręce, po czym zbiegają się do niego wszystkie mimy. Gestem ręki przedstawia swych przyjaciół. Mimy kłaniają się po kolei na powitanie.

Placek: Nam też jest miło was poznać. Ale kim wy w ogóle jesteście?

Mimy ustawiają się w słowo MIMY

Jacek: No to już przynajmniej wiemy, z kim mamy do czynienia. A wiecie co, jeszcze bardziej miło byłoby was poznać, gdybyście dali nam coś do zjedzenia.

Czterech mimów układa z siebie stół, do którego zaprasza chłopców. Dwóch mimów robi z siebie krzesła. Jeden z mimów zachowuje się jak kamerdyner i podaje chłopcom niewidzialny półmisek. Placek próbuje go wziąć, ale szybko odkrywa, że tak naprawdę nic tam nie ma. Wtedy wszystkie mimy zaczynają się bezgłośnie śmiać i pokazywać chłopców palcami.

Placek: Rozumiem, że sobie z nas żartujecie, ale my naprawdę jesteśmy głodni!

Jeden z mimów podchodzi do nich i zaczyna niewidzialną łopatą kopać ziemię. Kiedy skończy, chce chłopcom przekazać niewidzialne łopaty.

Jacek: Że niby my mamy pracować?
Placek: Nigdy!
Jacek: Przenigdy!
Placek: Przenigdynigdy!

Nagle do chłopców podchodzi dwóch mimów, stają naprzeciwko siebie i poruszają się w lustrzanym odbiciu.

Jacek: Ej, patrz, Placek, to chyba my, w końcu wyglądamy jak dwie krople wody.

Na początku scenki mimy pokazują efekt ściany, następnie wykonują kilka czynności związanych z pracą, a po każdej machają palcem, jakby to miało znaczyć, że nie zrobią żadnej z tych czynności. Na koniec ziewają, przeciągają się i kładą się spać.

Placek: Że co? To niby my jesteśmy leniuchami, które nie chcą na siebie zapracować?!

Wszystkie mimy potakują twierdząco głowami.

Jacek: No to już jest bezczelność, Placek wynosimy się stąd!
Placek: I to jak najszybciej, ale zanim to nastąpi, to my się trochę pośmiejemy.

Placek podchodzi do mimów i pokazuje im coś palcem.

Placek: Ej, zobaczcie, coś tam jest!

Wszystkie mimy odwracają się w tamtą stronę. W tym czasie Placek sięga ręką do spodni mima i wyciąga z nich kluczyk. Pokazuje go Jackowi i kiedy mimy rozglądają się w kierunku, który pokazał im chłopiec, szybko wymykają się przez niewidzialne drzwi i zamykają je z drugiej strony. Kiedy mimy się orientują, że coś jest nie tak, to już za późno, żeby dogonić chłopców.

Placek: I co, teraz już wam nie jest do śmiechu?

Mimy próbują odnaleźć wyjście poruszając dłońmi po niewidocznej ścianie i w ten sposób schodzą ze sceny.

Jacek: Dziwne te mimy.
Placek: Tak ciężko harują, a efektów ich pracy nawet nie widać.
Jacek: Pomyśl, jak straszliwie zepsuty jest cały świat; czy wszystek świat pracuje?
Placek: Z tego widać, że musimy być bardzo jeszcze daleko od błogosławionego kraju słodkiego nieróbstwa.

Chłopcy wzdychają z utęsknieniem i ruszają w drogę.

Muzyka – Utwór na dzwonkach i fletach – chór + kl. III a

Scena IV

Narrator: Jacek i Placek wędrując dalej w poszukiwaniu swojej wymarzonej krainy, zobaczyli chłopa, który odbywał dziwną wędrówkę z dolinki na wzgórze, niosąc zawsze coś w rękach.
Chłop: Witajcie, czy jesteście zdrowi?
Jacek i Placek: Owszem, bardzo zdrowi.
Chłop: No to chwała Bogu.
Jacek: A co ty tak w ogóle robisz?
Chłop: Noszę ziemię, bowiem dostałem w dziedzictwie pustą skałę, na której nic nie rośnie. Nikt tego nie chciał brać, więc mnie to dali. Poszedłem do królewskiego rządcy i powiedziałem mu, że zginę z głodu, a on zaśmiał się i powiada: „Weź sobie z królewskiej ziemi, ile tylko potrafisz w garściach przenieść na swoją skałę”.
Placek: A czy ten rządca mieszka w wielkim mieście?
Chłop: Tak. To niedaleko stąd.
Jacek: Powiadasz, że to niedaleko. Będzie mila?
Chłop: Mila to będzie.
Placek: A może dwie?
Chłop: Dwie powiadacie... Może być, że i dwie.
Jacek: A nam mówili, że dziesięć.
Chłop: Dziesięć? Tak mi się coś widzi, że będzie dziesięć mil.
Placek: A może sto?
Chłop: Przysięgać to bym nie przysięgał, ale coś mi się tak zdaje, że będzie ze sto z okładem.
Jacek: To trzeba długo iść?
Chłop: E, nie bardzo.
Placek: Ze dwa dni?
Chłop: Ze dwa dni zejdzie.
Jacek: A może miesiąc?
Chłop: Może i miesiąc.
Placek: A jak trzeba iść?
Chłop: Prosto jak strzelił, a potem na lewo.
Jacek: A kiedy trzeba iść na lewo?
Chłop: Skręcicie tam, gdzie zawsze pasą się barany.
Placek: A jeśli nie będzie baranów?
Chłop: To ich trzeba poszukać, bo od baranów idzie się na lewo.
Jacek: A jeżeli ich nie znajdziemy?
Chłop: To już nie wiem jak. Jakby były barany, to bym wiedział.

Jacek poklepuje Placka i coś mu pokazuje.

Placek: A co tam widać?
Chłop: A to właśnie to wielkie miasto.
Jacek: Czemuś tego od razu nie powiedział?
Chłop: A bo pytaliście o drogę! Ale kiedy widać miasto, to już pewnie traficie.
Placek: Z pewnością! Chodź, Jacek!
Chłop: Do widzenia!

Muzyka – Utwór na dzwonkach i fletach – chór + kl. III a

Scena V

Narrator: Chłopcy ruszyli zatem do miasta. Byli coraz bardziej głodni i liczyli na to, że może tam ktoś im powie, gdzie znaleźć krainę, w której nie trzeba pracować. Do miasta tymczasem przybył przedziwny teatr, który na ulicach rozpoczął swój występ.

Dyrektor teatru: Witam wszystkich, którzy przybyli, żeby zobaczyć nasze niezwykłe przedstawienie! Mam zaszczyt zaprezentować przed państwem najwspanialszą trupę aktorską ARLEQUIN! Ujrzycie dziś widowisko, które na długo pozostanie w waszej pamięci! Niech rozpocznie się przedstawienie!

Przedstawienie rozpocznie się od poi – Poruszenie: wejście mima – lustrzane odbicie, następnie postać porusza się pomiędzy rozstawionymi postaciami i lekko je dotyka, każda z postaci natychmiast się porusza i zaczyna kręcić poi. Po chwili mim dołącza do pozostałych postaci i zaczyna kręcić razem z nimi, po czym odkłada poi i z powrotem zaczyna dotykać wszystkie postacie, które natychmiast zastygają. Na koniec postać szuka wyjścia i sama zastyga w bezruchu.
Wszyscy schodzą ze sceny.
Z powrotem wchodzą 3 osoby z poi – pokaz.
Następnie rozlega się muzyka. Scenka z marionetką.
Na koniec odbywa się puszczanie baniek.

Dyrektor teatru: Mam nadzieję, że podobało się państwu przedstawienie! Jutro o tej samej porze ponownie będziecie mogli podziwiać naszą trupę, a na dzisiaj to już wszystko! Do zobaczenia!
Jacek: Ej, chwileczkę, my też chcielibyśmy występować razem z wami!
Dyrektor teatru: Tak, a co potraficie robić?
Placek: No w sumie to nic!
Jacek: No, najlepiej wychodzi nam leniuchowanie.
Placek: Można by powiedzieć, że opanowaliśmy tą sztukę do perfekcji!
Jacek: W zasadzie to chcielibyśmy przez całe życie zarabiać tylko na tym!
Dyrektor teatru: Nie wiem, czy dobrze was zrozumiałem... Twierdzicie, że chcielibyście zarabiać pieniądze na leniuchowaniu?
Jacek: Dokładnie! Pan to jest bystry człowiek, od razu nas zrozumiał.
Placek: No, to co, może my tu tymczasem poleniuchujemy, a pan da nam za to trochę pieniędzy?
Dyrektor teatru: Co?! Mam płacić dwóm nierobom, bo im się nie chce iść do pracy? Niedoczekanie moje!
Jacek: Nie chodzi o to, że nie chce się nam pracować, po prostu wędrujemy po świecie szukając krainy, w której nic nie trzeba robić. Dlatego też musimy nieustannie ćwiczyć nicnierobienie, bo jak już trafimy do tej krainy, to nie możemy się wyróżniać wśród jej mieszkańców.
Dyrektor teatru: O, darmozjady jedne! To tylko leniuchowanie wam w głowie, a nie uczciwa praca?! Precz stąd i lepiej jak najszybciej zacznijcie na siebie zarabiać!

Jacek i Placek uciekają przed rozgniewanym dyrektorem cyrku

Muzyka – Utwór na dzwonkach i fletach – chór + kl. III a

SCENA VI

Narrator: Krótki pobyt w mieście nauczył Jacka i Placka jednego – omijać miasta szeroki łukiem, bo i tak mieszkańcy nie pomogą im w znalezieniu upragnionej krainy. Zmęczeni i głodni chłopcy postanowili w końcu odpocząć. Spostrzegli wędrujący po niebie księżyc i zapatrzyli się na niego.

Chłopcy siadają na podłodze i spoglądają na księżyc.

Placek: Ciekawe skąd on przychodzi i dokąd dąży.
Jacek: Zdaje mi się, że mieszka za lasem. Wędruje sobie po niebie, a gdy się zmęczy, to wpada do wody. Kiedy byliśmy nad jeziorem, widziałem, że mieszka w wodzie.
Placek: Ależ się świeci! Z czego on też jest zrobiony?
Jacek: Ja myślę, że ze złota.
Placek: Ze złota? Że też mi to nigdy nie przyszło do głowy.
Jacek: Jak myślisz, ile też można by zrobić dukatów z takiego złotego księżyca.
Placek: Nie wiem, nigdy nie widziałem dukata, ale pewnie bardzo wiele.
Jacek: Wiesz, jeżeliby się nam udało, mielibyśmy z czym powrócić do Zapiecka i nie musielibyśmy pracować do końca życia.
Placek: Więc na co jeszcze czekamy? Tam dalej widziałem jezioro, jeśli to prawda, że on w nim mieszka, to łatwo go złapiemy.
Jacek: Spójrz, schodzi coraz niżej, za chwilę będzie nasz.

Muzyka – klasy I-III + chór „Księżyc raz”

Jacek i Placek łapią księżyc. Powoli krążą po scenie, po czym z niej schodzą i ponownie na nią wstępują.

Scena VII

Placek: Czy nie zauważyłeś, że od jakiegoś czasu księżyc stał się jakiś lżejszy?
Jacek: Mnie się zdaje, że coś się z tym księżycem wyprawia.
Placek: Co się może wyprawiać. Zresztą trzeba zobaczyć.

Chłopcy zaglądają do worka, ale nic tam nie znajdują

Jacek: To jakieś przeraźliwe czary, on po prostu zniknął. I po co namęczyliśmy się tak okrutnie?
Placek: Jak on mógł zniknąć?
Jacek: Wiesz, myślę że on umarł.
Placek: Przecież księżyc nie umiera.
Jacek: Patrz!
Placek: Co się stało?
Jacek: Tam... patrz... ponad wodą...
Placek: To on!
Jacek: Tak, to księżyc! Ale byliśmy głupi.

Na scenę wchodzą zbójcy

Placek: A niech to, zbójcy!
Herszt: Brać ich!

Zbójcy związują Jacka i Placka, po czym opuszczają scenę przy poprzedniej melodii.

Scena VIII

Zbójcy z powrotem wchodzą na scenę.

Herszt: Czy jesteście wszyscy?
Zbóje: Jesteśmy wszyscy kapitanie!
Herszt: Policzmy się. Czy widzicie swego kapitana?
Zbóje: Widzimy wszyscy!
Herszt: Przeto ja jestem, a teraz będę was wywoływać po kolei: Drapichrust!
Drapichrust: Jestem!
Herszt: Łamignat!
Łamignat: Jestem!
Herszt: Kartofel!
Kartofel: Jestem!
Herszt: Nieborak!
Nieborak: Jestem!
Herszt: Łapiduch!
Łapiduch: Na jednej nodze zaraz przychodzę!
Herszt: Znowu gadasz wierszem?
Łapiduch: Zetnij głowę, zedrzyj skórę, lecz już taką mam naturę!
Herszt: Goliat!
Goliat: Jestem!
Herszt: Co masz w gębie?
Goliat: Gryzę sobie płonące węgle, bardzo to lubię.
Herszt: Robaczek!
Robaczek: Jestem!
Herszt: Dobrze. Lichy dzisiaj mieliśmy połów, w nasze ręce wpadli tylko ci dwaj nakrapiani chłopcy. Coraz gorzej jest z naszym rzemiosłem... Jutro ich weźmiemy na męki, a teraz spać!

Wszyscy zbóje, oprócz herszta, zbierają się w kręgu i zaczynają się namawiać.

Herszt: Co to ma znaczyć? Czy to bunt? Czy chcecie, żebym was wszystkich powiesił? Ha! Więc to jednak bunt!
Kartofel: Tak, kapitanie. Niech Robaczek mówi...
Herszt: Gadaj, czego chce ta banda?!
Robaczek: Chcę ci powiedzieć, że czcigodne nasze zgromadzenie jest oburzone tym, coś ty, kapitanie, wczoraj uczynił.
Herszt: A cóż ja takiego uczyniłem?
Robaczek: Puściłeś wolno kupca i jego dzieci, a razem z nimi ogromne bogactwa, jakie wiózł do miasta! Czemuś to uczynił?
Herszt: Bo i ja mam małego synka i wiem jakby rozpaczał, gdyby mnie zabrakło na świecie.
Goliat: Co nam po twoim synu! Jesteś hersztem zbójów!
Herszt: Owszem, jestem, ale pomyślałem sobie, że kiedy znajdziemy się na boskim sądzie, to ten czyn będzie odczytany z wielkiej księgi i wiele mi za to będzie wybaczone.
Robaczek: A kto nam zwróci bogactwa?
Herszt: Bogactw nam nie brakuje, ale ponad bogactwa jest jeszcze coś...
Drapichrust: He! He! Cóż to takiego?
Herszt: Sława!
Łamignat: A cóż to jest sława?
Herszt: Sława to coś, o czym ludzie będą śpiewali pieśni, a poeci pisali wiersze!
Robaczek: Sława jeść nam nie da!
Herszt: Owszem, nie da, ale wiem o takich bogactwach, wobec których majątek kupca nie jest wart funta kłaków. Daleko stąd znajduje się zamek, w którym wszystko jest ze złota. Mieszka tam książę ze swoim dworem. Podwórzec zamku wykładany jest złotem, broń sadzona diamentami, nawet ludzie są złoceni.
Łapiduch: Nadzwyczajna to jest cnota, gdy się zęby ma ze złota.
Herszt: Kiedy zdobędziemy ten zamek, będziemy bogatsi od króla. Chcecie tedy ruszać natychmiast na zamek?!
Zbóje: Natychmiast kapitanie!!!
Kartofel: A cóż uczynimy z jeńcami? Sprytne to są jakieś ptaszki, co udają żebraków, a przecież Łamignat na własne oczy widział, jak nieśli worek wypełniony złotem.
Łamignat: Widziałem! Wrzucili je potem do wody!
Herszt: Najlepiej będzie jeśli ich tu zostawimy pod strażą Nieboraka, który będzie pilnował ich i naszych skarbów, a kiedy powrócimy, przypalimy im pięty.
Łapiduch: Nie zabieży ten daleko, komu pięty raz przypieką!
Herszt: Hej Nieboraku! Słyszałeś o czym mówiliśmy?,
Nieborak: Słyszałem, kapitanie!
Herszt: Wybadaj ich zatem, co wrzucili do wody. Gdyby nie chcieli wydać sekretu, każ im połykać gorące węgle.
Nieborak: A gdyby i wtedy milczeli?
Herszt: Posmaruj ich miodem i przywiąż do drzewa koło mrowiska! A teraz w drogę, panowie zbójcy!

Muzyka – Utwór na dzwonkach i fletach – chór + kl. III a
Zbójcy przy dźwiękach muzyki schodzą ze sceny
SCENA IX

Nieborak: Czy słyszeliście, co powiedział kapitan?
Jacek i Placek: Słyszeliśmy, czy będziesz nas męczył?
Nieborak: Jeżeli mi od razu powiecie, gdzie wrzuciliście złoto do wody, nic wam złego nie uczynię.
Jacek: Szlachetny zbójco, powiemy ci wszystko, ale i tak nam nie uwierzysz, bo z tym złotem to było zupełnie inaczej, niż myślą twoi kompani.
Placek: No właśnie. To wcale nie było złoto, tylko księżyc, który pochwyciliśmy, kiedy chował się w jeziorze.
Nieborak: Wygadujecie jakieś niestworzone rzeczy.
Jacek: Ale to prawda! A wszystko możemy zawdzięczać naszej głupocie!
Nieborak: Waszej głupocie? A w czym też ona zawiniła?
Placek: Bo wiesz... wszystko zaczęło się od tego, że uciekliśmy z domu od naszych rodziców.
Nieborak: Dlaczego to uczyniliście?
Jacek: Bo nie chciało nam się uczyć i pracować.
Placek: Chcieliśmy odnaleźć krainę, w której nikt nie musi nic robić.
Jacek: Ale przemierzyliśmy pół świata i takiej krainy nie znaleźliśmy!
Placek: Wszyscy wszędzie pracowali, coś robili, a nam obrywało się za każdym razem, kiedy tylko wspominaliśmy o krainie, w której nie trzeba pracować.
Jacek: Taka kraina chyba tak naprawdę nie istnieje.
Nieborak: Owszem istnieje, ale tylko w waszych głowach i głowach osób, którym się nie chce pracować.
Placek: Wiemy, że postąpiliśmy źle, opuszczając naszą matkę, ale chyba każdy może się pomylić.
Nieborak: Wiecie co, ja również wiele lat temu opuściłem swój rodzinny dom i wyruszyłem w świat w poszukiwaniu pracy. Jednak w czasie mojej podróży napadli na mnie rozbójnicy, którzy ostatecznie postanowili uczynić mnie jednym ze swoich kompanów. Myślę, że już dość się nazbójowałem, zresztą zbój ze mnie był nader marny. Pora mi wracać do domu, co i wam dobrze życzę.
Jacek: Mamy przez to rozumieć, że puszczasz nas wolno?
Placek: A co powiedzą twoi kompani, jak po powrocie nie zastaną ani ciebie ani nas?
Nieborak: Szybko o nas zapomną, jak wrócą obładowani złotem. Zresztą kapitan tylko udawał, że chce was wziąć na tortury. W gruncie rzeczy dobry z niego chłop, jak też i z pozostałych zbójów. Wracajcie już lepiej do swojej matki. Mam nadzieję, że podróż, w którą wyruszyliście, nauczyła was czegoś i dzięki niej zrozumieliście wiele rzeczy.
Jacek: Zrozumieliśmy jedno, że nie ma krainy, w której nie trzeba pracować.
Placek: Wiemy już, że nic samo na talerz nie wskakuje.
Nieborak: Cieszę się, że zrozumieliście swój błąd. Do zobaczenia zatem i kto wie, może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Jacek: Do zobaczenia, Nieboraku!
Placek: Bywaj, dobry zbóju!

Chłopcy machają do zbója i odchodzą
Muzyka – Utwór na dzwonkach i fletach – chór + kl. III a

SCENA X

Narrator: Chłopcy zrozumieli wreszcie, że kraina, której tak długo szukali, tak naprawdę nigdy nie istniała. Postanowili, że już nigdy nie będą leniuchować, tylko odpracują uczciwie wszystkie złe uczynki, których się dopuścili. Minęło jeszcze wiele dni, zanim dotarli do swego ukochanego Zapiecka, aż w końcu ich oczom ukazało się małe miasteczko, w którym przyszli na świat.
Placek: Ej, Jacek, to chyba nasz Zapiecek!
Jacek: No, wreszcie dotarliśmy do domu!
Placek: Ej, zobacz, to chyba pan burmistrz.
Burmistrz: Co?! Czy ja dobrze widzę? Wróciliście? O nie, muszę czym prędzej zebrać jabłka w moim sadzie!
Jacek: Spokojnie, panie burmistrzu, obiecujemy, że już nigdy nie zjemy pana jabłek!
Placek: No, chyba że będziemy bardzo głodni.
Jacek: Spójrz, Placek, czy tam na polu to przypadkiem nie jest nasza matka?
Placek: Pewnie, że to ona! Mamo, wróciliśmy!
Matka: Nie mogę uwierzyć, że to wy! Myślałam, że już nigdy was nie zobaczę.
Jacek: Byliśmy głupi uciekając z domu!
Placek: Jeszcze jak głupi! Głupszych od nas nie ma chyba na całym świecie.
Jacek: Ale już zmądrzeliśmy. Wiemy, że zrobiliśmy źle i chcemy teraz to wszystko naprawić.

Na scenę wchodzi dyrektor cyrku

Dyrektor cyrku: Własnym uszom nie wierzę! Czyżby to była prawda?
Jacek i placek: Najszczersza prawda!
Dyrektor cyrku: Skoro tak, to wypada uczcić wasz powrót do Zapiecka jakimś dużym przedstawieniem, żeby to miasteczko zapamiętało tą wzniosłą chwilę, że takie łobuzy jak wy, mogą zmienić się w uczciwych i pracowitych chłopców. Niech rozpocznie się przedstawienie!

Przedstawienie rozpocznie się kręceniem poi, następnie dołączą do niego osoby puszczające bańki

Narrator: Jak to w bajkach bywa, wszystko zakończyło się szczęśliwie. Chłopcy stali się pracowici i chętnie pomagali innym. Zapiecek już nigdy nie był taki jak przedtem, no może poza jednym wyjątkiem – panem burmistrzem, który za każdym razem wszczynał alarm, kiedy tylko Jacek i Placek zanadto zbliżali się do jego jabłoni.

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2019 Edux.pl
| Polityka prywatności | Wszystkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikacji posiadają autorzy tekstów.