X Portal Edux.pl używa plików cookie. Korzystając z naszych stron wyrażasz zgodę na ich stosowanie zgodnie z ustawieniami swojej przeglądarki. Więcej informacji » tutaj «.

Numer publikacji: 8061
Dział: Przedszkole
Rozmiar tekstu: A A A

"Złota kaczka" - scenariusz teatralny

„Złota kaczka”
Scenariusz przedstawienia teatralnego dla teatru nauczycielskiego.
Tekst opracowany na podstawie utworów:
Artura Oppana „Legendy warszawskie” i
B. Lewandowska „Legenda o złotej kaczce”

Piosenka „Mam walizkę pełną bajek”
Narrator:
Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego na Starym Mieście. Ale cóż? Majster jak majster, grosz do grosza zbierał, z grosza ciułał talary ,a u chłopaka bieda, aż piszczy.
Niby to mu pożywienie dawał.
Lutek:
Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle – i tyle!
Narrator:
I odział go, ale to ubranie spadało z Lutka.
Lutek:
To stare łachy majstrowe, co się kupy ledwo trzymają!
Dość! W takim stanie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek!
Narrator:
Gadają mu ludzie:
Kobieta:
Miej cierpliwość, nie złość się, będzie lepiej, poczekaj trochę!
Lutek:
Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza.
Do wojska pójdę, żołnierzem będę. Może się nowy Napoleon gdzie zjawi, to jak nic marszałkiem zastanę , generałem wielkim, mocarzem.
Narrator:
No nic! Cierpi jeszcze, czeka. Aż kiedyś na kolację poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i dobrze mu się wiodło. Wieczerza aż miło! Jedzą, piją, śpiewają.

Przyśpiewki o Warszawie.

Narrator:
Gawędzą sobie. Ni z tego, ni z owego o bajkach się zaczyna, o takich podaniach warszawskich.
Stary szewc:
Ho! Ho! U nas w Warszawie i o pieniądz łatwo, i o sławę, tylko trzeba mieć odwagę i rozum w głowie jak się patrzy.
Lutek:
Mówcie, co takiego?

Stary szewc:
Ano nic, na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją złapie- wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać można bogaczem, magnatem!
Lutek:
A kiedy?
Szewc:
W noc świętojańską.
Wielu śmiałków próbowało zdobyć te bogactwa, ale żadnemu się nie udało! Uciekali aż buty pogubili!
Lutek:
No to ja mam nogi bose! Odwiedzę złotą kaczkę!
Narrator:
Wieczór spadł na Warszawę, gwieździsty, ciepły czerwcowy- noc świętojańska. Na ulicy ludzi jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich młodzi panowie, a głównie wojskowi.

Piosenka „ Na organkach”.
Narrator:
Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, wyszedł na Ordynacką.
Lutek:
Już blisko! Oj straszno mi jakoś! Nie to, żebym się bał: niech Bóg broni! Tylko nieprzyjemnie ze złym duchem się spotkać. Ano trudno! Wejść trzeba! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!
Narrator:
Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! Wlazł do wnętrza. Ciemno! Zapalił świeczkę- idzie. A gdzie stąpnął , na czyjś zgubiony but nadepnął.
Lutek:
-Rycerza, bo ostroga dzwoni przy pięcie.
Narrator:
Korytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej.
Lutek:
-Oj, to tancerza, bo obcasik zdarty.
-A tu bogacza buciki, bo są nowe i ozdobione.
Narrator:
Nagle ogień ze ściany wystrzelił z głośnym sykiem.
Ogień:
Uciekaj stąd zuchwalcze! Wiesz co ja potrafię?
Lutek:
Wiem! Umiesz mi drogę oświetlić jak sto świeczek. Pomagasz mi, ogniu. Dziękuję!
Narrator:
I ogień zgasł tak nagle, jak rozbłysnął. Potem lew zaryczał groźnie:
Lew:
Kto się ośmiela przeszkadzać lwu? Kto lwu smaczną drzemkę przerywa? Chyba nie wie, co mogę zrobić moją straszną paszczą?
Lutek:
A właśnie, że wiem! Umiesz, kotku, ślicznie mruczeć. I do snu, i do słuchania! Przy twoim mruczeniu milej mi maszerować. Kłaniam ci się za to nisko!
Lew:
Co? ( Lew znika.)
Narrator:
Wtedy węże wypełzły ze ścian, kiwały łbami, łypały ślepiami, syczały przeraźliwie.
Węże:
Skarb już blisko! Zostaw go, śmiałku! Zmykaj stąd!
Lutek:
Nie denerwujcie się, moje dobre dżdżownice. Nie nadepnę wam na ogon. Za wiadomość o skarbie- dzięki składam.
Narrator:
I węże ucichły, zniknęły. Aż w końcu wylazł szewczyk do piwnicy, wielkiej, sklepionej z jeziorkiem pośrodku-a na nim..
Lutek:
Boże drogi! Prawdę mówił staruszek szewc: złota kaczka pływa, piórkami szeleści.
Taś, taś! Kaczuchno!
Plusk wody, cicha muzyka.
Narrator:
I nagle kaczka zamienia się w przecudną dziewczynę- królewnę. Włosy długie do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia tak cudna, że klękajcie narody!
Złota kaczka:
Czego chcesz ode mnie, chłopczyku?
Lutek:
Jaśnie wielmożna królewno nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała.
Złota kaczka:
Dobrze, tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie. Panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz, co do joty, to, co powiem.
Lutek:
Słucham jaśnie wielmożna!
Złota kaczka:
Oto masz kiesę, w niej sto dukatów. Przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tyko na potrzeby własne, dla siebie samego. Nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj.
Lutek:
Ha! Ha! Ha! I cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów, a co potem?
Złota kaczka:
A potem skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, , bogactwa niezmierzone. Ale pamiętaj: nikomu ani grosza!
Lutek:
Zgoda królewno! Daj kiesę!

Księżniczka wręcza sakiewkę Lutkowi i dziwnie się śmieje.
Narrator:
Strach przejął szewczyka. Do okna się pogramolił, wylazł na Tamkę i uciekł na Stare Miasto. Nazajutrz wybrał się Lutek na miasto.
Lutek:
Co tu robić najpierw? Chyba się muszę odziać jak panicz.

Scena z ulicy Świętojerskiej, tłum ludzi elegancko odzianych, muzyka z piosenką o Warszawie.
Narrator:
Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, palto.
Sklepikarz :
(Kolejno podaje mu odzienie, zachwala towar) i na koniec mówi :
Szyk ! Prawdziwy hrabia!
Lutek płaci.
Sklepikarz:
Do widzenia wielmożny panie.
Lutek idzie, pogwizduje, laseczką macha.
Lutek:
Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów! Sto dukatów na samego siebie! Ha! Trzeba pomyśleć! O już 10 godzina! Jeść mi się chce. Jeść, jeść. Wstąpię do gospody.
Wchodzi do gospody, siada, podchodzi karczmarz.
Lutek:
Karczmarzu dajcie mi kiełbasy, kiszki, miodu i bułek!
Narrator:
Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni starczy.
Lutek:
Co się należy?
Karczmarz:
Dwa złote.
Lutek:
Dwa złote? Nie więcej?
Karczmarz:
Dwa złote, paniczu i przydałoby się dziesięć groszy napiwku.
Płaci, wychodzi.
Lutek:
Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! A no trudno! Trzeba jakoś ten pieniądz wydać. Pomyślimy!
Narrator:
Pojechał Lutek na wycieczkę do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha wielka. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodził po ogrodzie, podziwiał.
Lutek:
Już południe! Pora wracać. Jestem już w Warszawie, ale co tu robić? Gdzie wydać pieniądze? Wydałem dopiero 5 dukatów!
O Teatr Narodowy. Nie ma co! Nie byłem nigdy w teatrze, bo i skądże? Idę do teatru!
Rzecz droga: miejsce dwa złote! ( śmieje się)
Piosenka o teatrze.
Lutek:
Bawiłem się wybornie! Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele. Co tu zrobić?
Idzie, rozmyśla. Na rogu zaułka spotyka starca.

Inwalida:
Panie, drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Samosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem- poratuj – mnie panie!
Lutek:
Inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia Honorowa i Virtuti Militari.
Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota i dał starcowi.
Inwalida:
Bóg-że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!

Błysnęło! Zagrzmiało!
Stanęła przed Lutkiem księżniczka zaklęta.
Księżniczka:
Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze! ( Znika)
Inwalida:
Nie dukat, paniczu, daje szczęście, ale praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie.

Scenka z warsztatem szewskim. Lutek, jego żona i 2 małych dzieci biegających śmiejących się.
Narrator:
Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się jak nigdy. Wyzwolił się szybko na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i dobrą, dzieci wychował- i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu.
A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu!
Nie tak! Nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba!
My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie!
A wtedy przy każdej pracy Pan Bóg dopomoże!
Zobacz w sieci:

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2014 Bartosz Musznicki, Elżbieta Musznicka.
Wszystkie prawa zastrzeżone. | Polityka prywatności | XHTML | CSS |
Prawa autorskie do publikacji posiadają autorzy tekstów.