Numer publikacji: 6238
Dział: Artykuły
Rozmiar tekstu: A A A

Okupacja oczyma dziecka

„OKUPACJA OCZYMA DZIECKA”
mgr Aneta Szczerba

WSTĘP

Fundamentalne pytanie, które stało się asumptem do napisania tej pracy to: czy pamięć dziecka może być cennym źródłem informacji dla historyka? Czy historyk powinien zaufać i uwierzyć wspomnieniom osób, które gdy wybuchła II wojna światowa miały wówczas około siedmiu lat?
Praca jest próbą odpowiedzi na powyższe pytania i nie rozwiązuje pewnych kwestii z zakresu faktografii. Obejmuje ona losy polskiej rodziny żyjącej w „bliźniaczym mieście Krakowa – Wilnie” jak to się ówcześnie mówiło.
Moja główna bohaterka, gdy wybuchła wojna miała siedem lat i do 1945r. mieszkała wraz ze swoją rodziną w Wilnie. Niektóre wspomnienia przedstawiają się zaskakująco nie ze względu na dramatyzm wydarzeń, ale pod kątem przeżyć dziecka.
Jadwiga – bo takie imię nosi kobieta która zgodziła się na opowiedzenie mi swoich wspomnień w niewyobrażalny sposób dostosowała się do optymalnych warunków życia jakie zesłał jej los.
Wywiad który przeprowadziłam z moją 75-cio letnią rozmówczynią jest na pewno chaotyczny, bez ciągłej linii czasowej, brakuje w nim początku a nieraz i końca epizodu, wydawać się będzie czasami niezgodny z ogólnym zarysem naszych wyobrażeń o okupacji.
Dla bohaterki wydarzenia, które opisuje nie są aż tak odległe, jak początkowo wydaje się czytelnikowi, lecz naturalnie okryte są woalką niewiedzy spowodowanej zrozumiałą barierą wiekową.
Moja rozmówczyni kładła nacisk na uczucia, a była to swoista huśtawka emocjonalna, radość nie wiadomo kiedy przeradzała się w rozpacz, a ta z kolei w niemoc.
Wszystkie uczucia i przeżycia mieszały się ale w swojej nieregularności były systematyczne i uporządkowane. Wzbudzały we mnie chaos i niezrozumienie ale dla Jadwigi było wszystko ułożone w odpowiednie partie uczuciowe.
Jadwiga Brycka z domu Skierczyńska jako mała dziewczynka, która spędziła swoje dzieciństwo podczas wojny, musiała sobie wszystkie wydarzenia i uczucia poukładać w drabinę hierarchii, aby móc normalnie egzystować. Jest to zdrowa i elementarna reakcja człowieka, na ekstremalne warunki życia, jakim została poddana. Muszę zaznaczyć, że w tym życiu niejednokrotnie na kredyt, ujawnia się niewiarygodny celi dążenie do czegoś lepszego.

Wspomnienia, pamiętniki czy też relacje z podróży są wdzięcznym materiałem informacyjnym dla zwykłego czytelnika z tego powodu, że są to osobiste doznania, mocno zakorzenione w emocjonalnej sferze autora tekstu. Jednak dla historyka ten typ źródła historycznego jest bardzo ciężki w obróbce, ponieważ dużo w nim przesady i zrozumiałego subiektywizmu. W związku z tym należy go poddać weryfikacji i nie zliczonym filiacjom a i tak nie możemy być do końca pewni czy nie wpadliśmy w pułapkę fałszu albo deformacji faktów. Mimo wszystko pozostawienie tekstu bez próby analizy nie daje możliwości zakwalifikowania go do wiarygodnego źródła informacji.
Po przeczytaniu wspomnień Jadwigi Bryckiej możemy podzielić pewne fakty ,na te które są wartościowym materiałem dla znawcy tematu i na te które z kolei nie wnoszą do sfery badawczej nic nowego, ponieważ są osobistymi przeżyciami.
Niektóre fakty potrafimy bardzo łatwo zweryfikować jak chociażby rozdział w którym detaliczne zostały opisane bombardowania. Rzeczywiście miasto podczas II wojny światowej było wielokrotnie bombardowane i ostrzeliwane przez niemieckie Luftwaffe. Bohaterka przywołuje w pamięci pożar Wilna, ale nie podaje dokładnej daty. Faktyczne to wydarzenie miało miejsce na początku wojny tj. 16. IX 1939 r. tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Wówczas niemieckie bombowce zrzuciły swój śmiertelny ładunek na miasto powodując pożar. O wiele poważniejsze i dramatyczniejsze w skutkach okazało się bombardowanie Wilna w VI 1941 r. w przełomowym momencie dla dziejów tej części Europy. Niemcy przejęli kontrole nad miastem, niszcząc je w znacznym stopniu licznymi i długofalowymi bombardowaniami. Chcieli w ten sposób jak najszybciej pozbyć się z miasta dotychczasowego sojusznika. O ówczesnym stanie rzeczy podają liczne źródła i jest to udokumentowane. [ Z. Szczęsny – Brzozowski, Litwa- Wilno 1910 – 1945, Warszawa 1989r;pod,red. M. Mackiewicz, Los Wilnianina w XX w, Wilno 2002]
Szukając informacji przytoczonych przez Jadwigę Brycką, dotyczących losu mieszkańców ZOO, znalazłam bardzo podobny fragment w innych wspomnieniach [ J. Surwiłło, Zostali tu z nami na dobre i złe, Wilno 2000]. Autor opisuje dramatyczną sytuacje zwierzyńca po wkroczeniu Rosjan do miasta. Wiele zwierząt zostało wykradzionych, bądź wypuszczonych na wolność bez jakiejkolwiek możliwości przetrwania.
Również wydaje się być prawdziwą informacja podająca o eksplozji radzieckich pociągów w II 1945 r. Miasto rzeczywiście od VII 1944 r. ponownie znajdowało się pod okupacją sowiecką ( już trzeci raz podczas wojny). Wówczas w Wilnie panował wielki nieład i bałagan administracyjny i takie wydarzenie mogło mieć miejsce. Pan Kazimierz Czyrkowski [w: Los Wilnianina w XX w, pod .red. M. Mackiewicz, Wilno 2002] opisuje to wydarzenie w bardzo podobny sposób, niemal identyczny, ale podaje nieco inna datę eksplozji a mianowicie koniec 1944r. Autor również zastanawia się nad przyczyną wybuchu, nie dając pewnej i jednoznacznej odpowiedzi czytelnikowi. Wiadomo na pewno, że owo wydarzenie miało miejsce w zimie. Wilnianie obojętnie w jakiej części miasta żyli, odczuli je bardzo wyraźnie. Wspomniany Kazimierz Czyrkowski mieszkał wówczas w dzielnicy Antokol ( w najbardziej oddalonej od stacji kolejowej części miasta) a moja rozmówczyni w dzielnicy Kominy ( rejonie najbliżej położonym od stacji kolejowej). Przez pewien czas nie mogły wyruszać transporty repatriacyjne do Polski gdyż tory były w katastrofalnym stanie.
Kolejną wiarygodną kwestią pozostaje zagadnienie tajnego nauczania. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Wilna, Sowieci wspaniałomyślnie przekazali je w ręce litewskie, czyniąc tym samym z Litwinów wiernych i uniżonych poddanych. Był to oczywiście zabieg polityczny, gdyż Litwini oddali dług wdzięczności Rosjanom, ślepo popierając ich poczynania. Mieli również okazje z której skorzystali, by zemścić się za akcję Żeligowskiego z 1920 r.( przejęcie Wilna przez Polaków ) i twardą, wrogo nastawioną względem Litwy politykę J. Piłsudskiego i J. Becka podczas dwudziestolecia międzywojennego. Po przejęciu władzy przez Litwinów do szkół obowiązkowo wprowadzono j. litewski zaś polscy nauczyciele zostali automatycznie zwolnieni z pracy. Dla ludności polskiej stanowiącej 65% ogółu społeczności miasta był to poważny cios. Wiele polskich rodzin zrezygnowało z posyłania dzieci do lituanizowanych szkół. Nauczyciele – Polacy bardzo często organizowali w swoich mieszkaniach namiastki szkoły.
Również całkowicie bezsprzeczną pozostaje relacja dotycząca pogromów ludności Wilna w Ponarch, dokonana przez hitlerowskie Niemcy. W tym małym miasteczku położonym 9km od Wilna, zostało w okrutny sposób zgładzonych ok. 100 tys. osób, w tym 70 tys. Żydów. [ H. Pasierbska, Ponary – największe miejsce kaźni koło Wilna 1941 – 1944, Warszawa 1993; H. Pasierbska, Wileńskie Ponary, Gdańsk 1996]
Kwestią nie wymagającą podważania faktów pozostaje zarówno działalność Armii Krajowej jak i praca konspiracyjna na terenie Wileńszczyzny.
Chcąc udowodnić , że ojciec Jadwigi Bryckiej walczył w AK przytoczę po krotce jego dalsze losy, bowiem nie zachowały się dokumenty to potwierdzające. Władysław Skierczyński po zakończeniu wojny kilkakrotnie był aresztowany przez UB i przebywał w więzieniu ( Koźle/Odra – 2 lata od 1947; Wronki – 3lata – od 1959r). Był wówczas poddawany okrutnym torturom, czego późniejszym efektem dla ratowania życia była przeprowadzona trepanacja czaszki.( Powyższe wspomnienia nie dotyczą lat okupacji i dlatego nie zostały ujęte w pracy).
Halina Dec z domu Skierczyńska, siostra Jadwigi, nigdy nie starała się o uzyskanie dokumentu potwierdzającego jej czynną działalność konspiracyjną.
Repatriacje Polaków z terenów litewskich trwały od początku stycznia 1945 r. Wszystkie transporty jechały przez Białystok, co jest zgodne ze wspomnieniami bohaterki.
Pozostałe relacje mają charakter typowo osobisty i w związku z tym nie są poddawane weryfikacji.

TROKI

W mojej pamięci przechowałam wiele wspomnień z czasów okupacji.
Wojna zaskoczyła mają rodzinę podczas wakacji. Wypoczynek spędzaliśmy nad jeziorem w Trokach.
Informacja o rozpoczęciu wojny pojawiła się nagle, otoczyła nas niemalże ze wszystkich stron. Radio przekazywano wiadomości na bieżąco.
Niebo pociemniało od samolotów, nie było już niebieskie i bezchmurne lecz wrogo warczało. Wszystkie wiadomości, widok samolotów, odgłosy, mogły świadczyć tylko o jednym, mianowicie o nieubłaganym nadejściu tego co najgorsze – wojny.
Jeszcze w tym samym dniu Ojciec odwiózł nas do Wilna i zniknął z naszego życia na pięć chudych lat.

NAUKA

W czasie okupacji chodziłam początkowo do szkoły litewskiej. Uczono w niej j.litewskiego i niemieckiego, wszystkie pozostałe przedmioty tj. historia, geografia, biologia, religia odbywały się w j.litewskim. W tygodniu była tylko jedna godzina języka polskiego.
Nauczyciele uczący w tej szkole byli Litwinami, polscy nauczyciele zostali automatycznie zwolnieni. Do tej szkoły chodziłam wraz ze swoją starszą siostrą – Haliną. Bardzo niechętnie uczęszczałyśmy do tej właśnie szkoły, przede wszystkim dlatego,że nie znałyśmy j.litewskiego, a nauczyciele mówili do nas tylko i wyłącznie w tym języku. Również dlatego, że wszyscy byliśmy traktowani jak zło konieczne, niepotrzebny i zbyteczny balast, niekiedy jak przekręcaliśmy słowa dostawaliśmy manto linijką.
Pamiętam ostatni epizod z tej szkoły, a mianowicie lekcję j.litewskiego. Cała klasa miała się nauczyć na pamięć wierszyka pt. „Posadził dziad rzepkę” oczywiście w j.litewskim.
Wybór nauczycielki niestety padł na mnie i zaczęłam recytować wierszyk, ale wciąż się myliłam, przekręcałam słowa, zmieniałam sens zdań. Litwinka nie wytrzymała tego nerwowo i zaczęła mnie niemiłosiernie bić linijką. Nie pozwalając na to dłużej wzięłam swój plecak i wyszłam z klasy.
Tak właśnie zakończyła się moja edukacja w szkole litewskiej.
* * *
Później pamiętam, że do końca okupacji chodziłam na tzw. „ tajne komplety nauczania „. Nauka odbywała się w mieszkaniu nauczycielki, jeszcze do tej pory pamiętam Jej imię - Mira.
Pani Mira była Polką i uczyła nas wszystkich przedmiotów. Wiem, że pobierała opłatę za lekcje od mojej Mamy ale czy była to duża kwota, tego nie pamiętam. Na lekcje wraz ze mną uczęszczało pięć osób, były to niewielkie grupki, ponieważ nauczycielka bała się aresztowania. Grupy były zróżnicowane ze względu na wiek w związku z tym chodziłam ze swoimi rówieśnikami. Zajęcia odbywały się codziennie, wraz z siostrą entuzjastycznie podchodziłyśmy do tych zajęć, na pewno nie była to kara.
Nie pamiętam za dobrze czego dokładnie uczyliśmy się, wiem jedynie, że Pani Mira często nam czytała po polsku ze swoich książek, dyktowała niektóre teksty.
Po jakimś czasie aresztowania nasiliły się. Nasza nauczycielka zaczęła przychodzić do domów swoich uczniów. Świadectw ukończenia szkoły nie było z wiadomych powodów, każdy dokument mógł stać się wyrokiem dla osoby wydającej go. Pani Mira sama co roku dostosowywała grupę do jej poziomu wiedzy i osiągnięć.

BOMBARDOWANIA

Najbardziej z całego okresu okupacji przeżywałam bombardowania, od tego czasu trzęsą mi się ręce. Moje modlitwy, prośby, płacz mieszały się z czułymi słowami naszej Mamy.
Wraz z Mamą, Babcią i siostrą mieszkałyśmy niedaleko stacji kolejowej w drewnianym, parterowym domu. Nie wiem dlaczego, ale zachowałam w pamięci nazwę ulicy – Horodelska ... tak, taka mała, cicha uliczka.
Ojciec w czasie okupacji był w AK i nie często przychodził do domu.
Dom dzieliliśmy z Panią Giedroyciową. Owa sąsiadka niemal zawsze przychodziła do nas podczas bombardowań i wkładała głowę do szafki kuchennej. Tak schylona jak małe dziecko, modląc się bez ustanku trwała aż do nastania ciszy. Nieraz tej błogosławionej ciszy bałyśmy się bardziej niż huku spadających bomb.
Innym razem, gdy trwało bombardowanie blisko ul. Horodelskiej. Misiu nasz pies zerwał się z łańcucha od budy. Nie wiem co się z nim stało, nigdy więcej go nie widziałam ale bardzo za nim tęskniłam.
* * *

Niewymowne wrażenie wywarł na mnie pożar Wilna, spowodowany atakiem niemieckich bombowców. Całą scenę grozy oglądałam będąc z rodziną w Czarnym Borze – 9 km od Wilna. Wywiózł nas tam Tata. Widziałam czerwoną łunę wiszącą nad miastem, nie mogliśmy się z tym pogodzić, przecież płonęło nasze Wilno... nasz dom.
Moja Babcia nie chciała uciekać z Wilna wraz z nami, bała się opuścić dom i została, ale moja Mama widząc rosnące niebezpieczeństwo zostawiła mnie i moją siostrę u gospodarzy na wsi, a sama poszła pieszo do miasta po swoją Mamę. Płakałyśmy i bałyśmy się bardzo, dopiero na następny dzień wróciły do nas, szły tak długo, ponieważ Babcia miała różę ( choroba) na nogach i szła bardzo powoli często odpoczywając. Naszej radości nie było końca, że znów jesteśmy razem.
W Czarnym Borze byłyśmy około dwóch miesięcy, gospodarze u których mieszkałyśmy nie byli w stanie wykarmić czterech osób więcej. * * *

Do tej pory dziękuję Bogu za uratowanie życia mnie i mojej siostrze, podczas najgroźniejszej „sceny z samolotami – jak ja to mówię”.
Obok naszego domu, tuż za płotem rozciągał się paro arowy ogród Wellera, był on Niemcem. Trudnił się sprzedażą swoich pięknych roślin: tulipanów, bratków i tui,
rozsady były rozplanowane w długie szpalery.
Ogród najpiękniej wyglądał podczas późnej wiosny. Nietuzinkowe kolory tulipanów mieszały się ze szmaragdową zielenią tui po to aby ulec niziutkim, wrzosowo -liliowym bratkom. Wszystko było zaplanowane, kwiaty jak na skinienie pałeczki dyrygenta,
rozkwitały o brzasku, cieszyły się słońcem, a pod wieczór piły chciwie kropelki rosy.
Podczas wojny ogród istniał chociaż był nieco uboższy w swoje kwiaty, ale my w dalszym ciągu wkradałyśmy się do środka i udawałyśmy że jesteśmy niewidzialne
i przez to bezpieczne. Tak bezpieczne i niefrasobliwe jak wtedy kiedy był z nami Tata. Wyprawa do ogrodu Wellera była ostatnią eskapadą, bowiem samolot myśliwski wypatrzył nas i zaczął strzelać. Ja wraz z siostrą ukryłyśmy się w tujach, były wtedy już duże i myślałyśmy, że pilot zgubi nas z pola widzenia i odleci. Samolot parokrotnie ponawiał swój atak, strzelał bez opamiętania. Wszystko działo się tak szybko, pamiętam gałązki tui spadające nad naszymi głowami. Jedyną obroną był krzyk, wołanie o pomoc, wzywałyśmy Mamę na ratunek. Był to krzyk nadaremny. Nie pamiętam jak to długo trwało być może Niemcowi znudziło się strzelanie do nas lub myślał, że nas tam zabił i po prostu odleciał.
Od tej makabrycznej przygody nigdy więcej nie oddalałyśmy się same od domu.

* * *

Pogrzeb mojego dziadka ( zm. 1941r. ) również obfitował w niezwykłe wydarzenia, gdyż samoloty myśliwskie strzelały do konduktu pogrzebowego.
Droga konduktu wiodła małymi, krętymi uliczkami od ul. Horodelskiej aż na cmentarz wileński – Rossę. Co jakiś czas wraz z rodziną i znajomymi dziadka uciekaliśmy do kamienic, aby odczekać atak samolotów i iść dalej za trumną.
Pamiętam, również czerwono krwisty bukiet gladioli, które niosła moja stryjenka Halina, widocznie musiał być to jeden z miesięcy letnich, skoro już kwitły.
Będąc na cmentarzu, tuż po modlitwach księdza nad trumną, wszyscy nie doczekując końca pogrzebu pouciekaliśmy pozostawiając kwiaty w wielkim nieładzie z powodu kolejnego nalotu myśliwców. Dopiero w parę dni po tym epizodzie poszłam z Mamą na grób Dziadka, bardzo niechętnie to uczyniłam, ponieważ bałam się dalszego ataku.
Grób był ziemny, nieznacznie wzniesiony nad ziemią, tuż u wezgłowia stał drewniany, prosty krzyż z zawieszoną na nim tabliczką „ Jan Grochowalski „ – kwiatów już nie było.
W mojej pamięci przewija się jeszcze jedna scena, która pozostawiła po sobie ciszę, na pewno nie był to płacz ani lament.
W mroźny, zimowy poranek wraz z siostrą postanowiłyśmy iść do kolegi który mieszkał na drugim krańcu miasta. Podążając do Heńka, śpiewałyśmy różne harcerskie piosenki, było nam wesoło bo i dzień był pogodny. Nasz humor zmienił się radykalnie, gdy zamiast domu kolegi zobaczyłyśmy tylko lej po bombie.
Ubrania, różne strzępy osobistych rzeczy wisiały na gałęziach drzew, które same przez bombardowanie pochyliły się ku dołowi.
Widok drzew był tak żałosny i płaczliwy, jakby jedynie one widziały co się naprawdę stało, ale stały w bezruchu zadumane nad losem Heńka. Patrząc na ten posępny obrazek wiedziałyśmy co się stało.
Najdziwniejsze jest to, że nie płakałyśmy, czułyśmy się okropnie, ale nie uroniłyśmy ani jednej łzy.

* * *

Gorszy od wojny i bombardowań był wypadek na stacji kolejowej.
17 lutego 1945r. ( może wydawać się to zaskakujące, ale naprawdę pamiętam datę dzienną ) zderzyły się dwa rosyjskie pociągi, wypełnione po brzegi amunicją. Najechały na siebie ze znaczną prędkością. Przyczyną zderzenia się towarowych wagonów jak mi odpowiadała moja Babcia, był błąd dróżnika, który zapomniał o przekładniach - zaniedbał swoich obowiązków.
Nasz dom był położony w pobliżu stacji kolejowej i nieszczęśliwy wypadek rozegrał się właściwie na naszych oczach.Wagony pociągów wybuchały co parę minut, tworząc swoistą reakcję łańcuchową. Rosyjscy żołnierze uciekając przed eksplozją biegli między innymi naszą ulicą i krzyczeli aby uciekać, chować się do domów.
Wagony na przemian rozrywały się, będąc podgrzewane gigantycznymi językami ognia. Szyny, części przekładnic, szczątki wagonów, szybowały nad naszymi głowami i spadały w nieprzewidzianych miejscach. Pamiętam, że w domu wyleciały szyby z okien, a ogrom wybuchu wyrwał futryny drzwi. Ogród przed naszym domem wyglądał jak skład rupieci, jak istne cmentarzysko zdezelowanych części wagonów.
Na następny dzień pobiegłyśmy z Haliną zobaczyć miejsce wybuchu. Pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło na określenie czarno – białego krajobrazu po wczorajszych fajerwerkach to pustynia.
Proch, popiół, pył wypełniał tysiące lei, dołów i zapadlin. Panowała bezwzględna cisza, gdzieś w oddali słychać było krakanie ptaków.
* * *
Ojciec rzadko przychodził do domu, a jeśli w ogóle to pod osłoną nocy.
Niekiedy przynosił jedzenie np. woreczek mąki czy cebuli, były to niewielkie ilości.
Mój Ojciec Władysław był miłośnikiem zwierząt kiedy przychodził do nas prawie zawsze przyprowadzał bezdomne psy i chore koty. Mama ze względów ekonomicznych nie była zachwycona z obecności kudłatych czworonogów, ale podobnie jak Ojciec lubiła zwierzęta. Podczas jednego z bombardowań uległ zniszczeniu ogród zoologiczny. Tacie żal było mieszkańców Z.O.O., a więc jak można było snadnie przewidzieć niektóre z nich trafiły do nas, gdyż owa menażeria sama w lesie nie miałyby żadnych szans na przeżycie.
Ojciec przyniósł wówczas ptaszki i jak czarodziej wyciągał je z kieszeni płaszcza, były małe, kolorowe i ruchliwe. Z węzełka Taty wyskoczyła ruda wiewiórka, a za nogami stały tradycyjnie dwa psy. Pamiętam jeszcze białą mysz o imieniu Wicek. Halina i ja byłyśmy zadowolone z takiej niespodzianki i nowych mieszkańców – myślę, że Mama trochę mniej.

* * *
Bombardowania nauczyły nas pewnych tradycji okupacyjnych.
Mama podczas wojny trudniła się handlem, abyśmy wszyscy mieli co jeść ( codziennie stała na Hali Targowej i sprzedawała grzebienie i własną biżuterię, a niekiedy skóry ). Było to nasze jedyne źródło utrzymania. Ja z siostrą biegałyśmy po placu sprzedając zapałki i kamyczki do zapalniczek.
W trakcie ataków wszyscy kupcy opuszczali Halę Targową i biegli pod Ostrą Bramę . Tam modliliśmy się głośno prosząc Matkę Boską Ostrobramską o zachowanie życia. Mama, Halina i ja wiedziałyśmy co mamy robić, nie było zbędnych pytań, wszystko było ustalone. Myślę, że to wiara nas uratowała.

ŻYDZI

W Wilnie tak jak w każdym innym mieście polskim znajdowała się mniejszość narodowa. Do tej grupy należeli również Żydzi.
Podczas okupacji, kiedy szłam do p. Miry na lekcje, odbyła się na moich oczach wstrząsająca scena. Żołnierze niemieccy wyganiali z kamienic Żydów, potrącali
ich i bili jednocześnie. Niewielkie grupy skazańców stały na ulicy, wejście na chodnik oznaczało pewną śmierć. Zanim ruszyli w stronę getta w wielkim pośpiechu przypinali sobie nawzajem do odzieży opaski z gwiazdą Dawida

* * *

W czasie pogromu Żydów schowały się u nas dwie Żydówki. Uroda zarówno jednej jak i drugiej dziewczynki, nieomylnie wskazywała na ich pochodzenie. Były mniej więcej w wieku mojej siostry, nie miały więcej niż trzynaście lat. Ukrywały się około jednego tygodnia, później przyszli Niemcy i je zabrali. Nie wiem kto nas zdradził, być może jeden z sąsiadów ?

* * *

Z opowiadań Mamy wiem, że do Lasu Ponarskiego wywożono znaczne grupy Żydów.
Na miejscu, kazano im kopać doły, po skończonej pracy, Niemcy strzelali do nich, a później zakopywali zwłoki. Grozą napawał fakt, że te doły „ ruszały się i jęczały „. Ludzie pochowani w nich niejednokrotnie żyli jeszcze przez parę godzin. Nie można było udzielić pomocy umierającym, gdyż Niemcy stali nad dołami i czekali na koniec agonii.
Po wyroku nastawała majestatyczna cisza.
Dusze i umysły ludzi, którzy byli bezsilni wobec tych wydarzeń nigdy nie zaznają spokoju.

„ Ci dobrzy ... „

Nie wszyscy byli „ źli „ ,nie litościwi i pozbawieni dobroci. Nieliczni Niemcy kiedy stacjonowali przy ul. Horodelskiej, a dokładnie w naszym ogrodzie, widząc dzieci, dawali mojej Babci chleb i marmoladę. Czasami przynosili mięso aby Mama ugotowała
dla nich obiad, nam również można było skorzystać z okazji i zjeść coś lepszego niż wodę z mąką.

* * *

Rosjanie, kiedy sprawowali rządy w mieście, niejednokrotnie przychodzili do mojej Babci – Marianny gdyż ją lubili. Przynosili wówczas parę mięsnych konserw tzw. „ swinnoją tuszonkę „ robili to po kryjomu przed swoimi przełożonymi.

* * *

W tym samym czasie, gdy żołnierze niemieccy ( można śmiało powiedzieć ) mieszkali w ogrodzie, jeden z naszych psów ciężko zachorował. Azor wytarzał się w smarze, pies umierał i nikt nie był na tyle odważny aby skrócić mu męki.
Mama pomyślała, że tego zabiegu dokona bez zmrużenia oka jeden z niemieckich żołnierzy, że nie będzie miał żadnych wyrzutów sumienia. Kat jednak nie chciał dokonać egzekucji, wielokrotnie odmawiał i zażegnywał się. Niemiec wolał udostępnić swój własny pistolet mojej Mamie i jasno dał do zrozumienia aby to Ona sama zastrzeliła chorego psa. W końcu nad Azorkiem ulitował się nasz sąsiad.

„ TATAR „

Młodszy brat mojego Ojca – Mietek był człowiekiem zaradnym, uczynnym i niejeden raz pomógł naszej rodzinie w czasie wojny.
Tatar bo taki miał pseudonim, gdy służył w AK, był rzeczywiście podobny z wyglądu jak i z pewnych cech charakteru do tego stepowego łucznika. Śniada cera i kruczo czarne włosy mówiły same za siebie. Wraz z moim Ojcem „ Jastrzębiem” zawsze trzymali się razem chociaż mieli jeszcze trzech braci.
Pierwsze Boże Narodzenie po rozpoczęciu wojny było inne, przy wigilijnym stole zabrakło naszych bliskich, ojca, stryjów, przyjaciół ( gdyż albo już nie żyli albo przybywali w lesie – AK ) brakowało również najważniejszego symbolu świąt tj. choinki. Ja wraz z Haliną postanowiłyśmy zapobiec temu i ozdabiałyśmy bańkami, świecidełkami ogromną palmę naszej Babci. Choinko – palma wyglądała imponująco, chociaż bardziej zakrawała na określenie egzotycznej niż tradycyjnej.Po paru dniach przyszedł do nas Stryj Mietek z przepiękną kosmatą choinką.Nie był długo, zdołał jedynie nacieszyć oczy wspaniale przybranym gwiazdkowym prezentom jaki przyniósł i zniknął w taki sam tajemniczy sposób jak się pojawił.
Drzewko sprawiło nam wiele przyjemności, było jedynym niezmiennym symbolem w naszym życiu bez reguł i stałości. Choinka tak jakby miała dar zatrzymania czasu,a nawet nie wiem czy nie moc przenoszenia nas w przeszłość.

* * *

Pamiętam jeszcze jeden miły akcent, który przeniósł nas na swym słonecznikowym dywanie do dni pokoju i szczęścia.
W bliżej nieokreślonych dniach wichury wojennej na składnicach kolejowych stały wagony między innymi z workami nasionek słoneczników. Nikt specjalnie nie pilnował specyficznego, a zarazem luksusowego transportu.
O „siemeczkach” dowiedziałyśmy się od „Tatara” , który zawsze wszystko wiedział ,dokładnie sprawdził co w trawie piszczy i przeliczył czy ryzyko się opłaca. Stryjowi udało się wówczas namówić Mamę na wspólną grandę i wykraść choć jeden worek słoneczników. Cały plan się powiódł, cel został osiągnięty i słoneczniki znalazły się w domu. Siemeczki były traktowane jak rarytas, część zjedliśmy od razu, a pozostałe Babcia wysuszyła i schowała na gorsze chwile.

* * *
Nie wiem czy powinnam o tym mówić, czy też to nie wstyd. Rzadko o tym komukolwiek opowiadałam, dawniej się obawiałam, a teraz straciło to błysk patriotyczny. Z pewnością miało to miejsce podczas gdy w Wilnie przebywali Rosjanie, wszędzie wisiały czerwone flagi radzieckie. Halina i ja nie miałyśmy pierzyn gdyż tkanina dawno się wytarła i puch wystawał z każdej przenicowanej dziury.Babcia lamentowała nad nami, próbowała cerować, ale na nic zdawać się miały jej starania. Zima zbliżała się milowymi krokami, a my spałyśmy pod lichymi derkami.
W tym czasie kiedy Babcia chodziła zatroskana zjawił się Mietek, wysłuchał narzekań,a na zajutrz przyniósł Mariannie tkaniny na nasze kołdry. Babcia nie lada się przestraszyła gdy zobaczyła, że są to ogromnej wielkości flagi radzieckie. Nie wiedząc co ma począć w nerwach ukryła je w piecu. Dopiero później, po paru dniach powycinała z flag gwiazdy , sierpy i młoty i skwapliwie je spaliła.Z wielkich czerwonych płacht poszyła nam wszystkim nowe wsypy na pierzyny.Tej zimy nie zmarzłyśmy, było nam ciepło pod nowymi pierzynami.

* * *

Tatar miał jeszcze jedną zaletę, zawsze potrafił wyczuć moment, w którym coś nam brakowało, czegoś potrzebowałyśmy.
Była mroźna zima, na każdej uliczce można było zauważyć ślizgawkę.
Wraz z siostrą bawiłyśmy się całe godziny, ślizgając się i przewracając. Stwierdziłyśmy, że szczęście było by pełniejsze gdybyśmy miały łyżwy (gdyż ślizgałyśmy się na butach ), ale były to nasze dziecięce, ciche marzenia. Widocznie wypowiedziałyśmy życzeniew magicznym momencie, gdyż stryj skombinował nam parę łyżew.
Prezent, może nie spełniał wszystkich norm nowości ani mody, gdyż łyżwy były przykręcane do butów, ale zabawa była przednia i niezapomniana. Jeździłyśmy na przemian, znowu na parę chwil, czas stanął w miejscu, nie było wojny, głodu ani łez. Byłyśmy w krainie śmiechu i zabawy, naszej fantazji i dziecięcej radości.
Łyżwy jednak nie wytrzymały oszałamiającej jazdy, zbuntowały się będąc niestety na moich nogach i wyrwały podeszwy kozaczków. Były to moje ostatnie zimowe buty. Mimo, że Stryj poszedł do szewca Pana Markiewicza, butów nie udało się uratować.
Pamiętam, że dostałam straszne manto od Mamy, Tatar też musiał czuć respekt przed szwagierką, gdyż długo po tym wydarzeniu nie pokazywał się u nas. Do końca zimy nie wychodziłam z domu na dalsze eskapady, gdyż nie miałam zimowego obuwia, mimo to opłaciło się poszaleć na łyżwach i nie żałuję tego.
TAJEMNICZE ZAWINIĄTKO
Przed wojną, jesień kojarzyła mi się z lekkim dość ciepłym wiaterkiem, różnobarwną kaskadą spadających liści i rodzinnymi spacerami.
Podczas okupacji „ jesienna dama ” nie była już tak atrakcyjna, gdyż jej postać szybko zamieniała się w mroźną, nieubłaganą „ królowę śniegu „.
Wraz z jesienią przychodziły problemy dotyczące kwestii skąd wziąć węgiel i drzewo na opał. Mama wraz z Babcią starały się jak mogły, aby zdobyć pieniądze przed zimą, teraz w dwójkę handlowały na Hali Targowej, ale dochody były wciąż za małe.
Pieniądze nieoczekiwanie trafiły do domu dzięki nam, Halinie i mnie. Ja jako młodsza siostra, zawsze chodziłam z Haliną, czasami miała mnie już dosyć i skarżyła się Mamie.
Tego wieczoru jak się okazało, przydałam się i to nie tylko starszej siostrze ale całej rodzinie.
Halina wybierała się do swojej koleżanki Bogusi, ja bardzo chcąc z nią iść, rozpłakałam się, wszystkim zrobiło się mnie żal i ku wielkiemu niezadowoleniu siostry poszłam wraz z nią.
Podążając do Bogusi musiałyśmy przejść na drugą stronę miasta przez most na rzece Willi, wówczas przed naszymi oczyma ukazały się dwie postacie. Parę metrów przed nami dość chwiejnym krokiem szli Niemcy, najwidoczniej pod wpływem alkoholu.
Nie widzieli nas, było im wesoło, śpiewali i głośno rozmawiali. Wraz z Haliną trzymałyśmy się z daleka od nich, ale musiałyśmy przejść na drugą stronę mostu. W pewnym momencie zauważyłam, że jednemu z nich coś wypadło z kieszeni.
Wówczas gdy Niemcy oddalili się na bezpieczną odległość, podeszłyśmy do ajemniczego zawiniątka . Skarb niestety zaklinował się pomiędzy deskami mostu wisiał nad przepaścią. Miałam szczuplejsze ręce od siostry, więc to ja sięgnęłam po to coś „.
Okazało się, że były to pieniądze, dość duża suma niemieckich marek. Halina chwyciła mnie za rękę i prędko pobiegłyśmy do domu.
Babcia kupiła za te pieniądze węgiel na całą zimę, pamiętam, że starczyło jeszcze na początek następnej.

HALINA

Moja najstarsza siostra pod koniec wojny miała 15 lat, jest to wiek w którym dzieci przestają być głupiutkie i bezwolne, a stają się wspaniałą myślącą młodzieżą.
Halina w 1945r, należała do „ Strzelców Polskich „ i prowadziła działalność patriotyczno – spiskową, która dawała Jej zadowolenie i spełnienie.
Dla mnie wszystko było tajemnicze i owiane mgiełką sekretnego milczenia.
Do „ Strzelców Polskich „ Halina trafia dzięki namowom swojej przyjaciółki.Na początku bała się działać ku chwale Ojczyzny, później nabrała pewności siebie coraz śmielej konspirowała przeciw wrogowi. Była łączniczką, przekazywała grypsy organizacji podziemnej, przynosiła do domu naboje. Pamiętam jak Mama doszywała do płaszcza siostry dodatkowe, wewnętrzne kieszenie przeznaczone do ukrycia naboi.Dla Haliny cały 1945r. upłynął pod hasłem : „ Bóg, Honor, Ojczyzna „ była bezgranicznie oddana działalności spiskowej. Podczas wart nosiła biało-czerwoną opaskę z naszywką „ Strzelec Polski „.
Wielokrotnie pomagałam siostrze zbierać naboje, czułam się wówczas prawdziwą patriotką. Siostra była wówczas dla mnie wyrocznią, pamiętam że bardzo mi imponowała.

* * *

Halinka prawdziwą odwagą i bohaterstwem wykazała się podczas warty przy grobie Marszałka Piłsudskiego na Rossie.
Warty przy płycie nagrobkowej Józefa Piłsudskiego były zabronione i można sobie wyobrazić jakie następstwa groziły tym, którzy złamaliby zakaz. Siostra wraz z koleżankami nieraz stały całe dni na warcie.
Pamiętam jak raz Halina nie wróciła do domu na noc, dopiero rano przyszła cała dumna, w aureoli chwały i podziwu.
Owego feralnego wieczoru pojawił się radziecki patrol. Młodzi strzelcy rozpierzchli się, większość zdążyła uciec do domów. Halina miała zbyt daleko z Rossy na ul. Horodelską aby móc ratować się ucieczką, więc wraz z jedną z koleżanek ukryły się na cmentarzu w jednym z grobowców. Babcia i Mama odchodziły od zmysłów, wszystkie niepokoiłyśmy się o Halinę.
W siostrze po tym wydarzeniu, podwyższyła się temperatura, mierząca patriotyzm, poświęcenie i odwagę.

NASZA KOLEKCJA

Podczas okupacji, wraz z siostrą wymyśliłyśmy sobie dość niebezpieczną zabawę,a mianowicie zbieranie niedopałów.
Kolekcjonowałyśmy łuski po nabojach. Chodząc po ulicach można było zgromadzić niezłą galerię uzbrojenia. Naszą kolekcję utrzymywałyśmy w tajemnicy przed dorosłymi, gdyż chciałyśmy zrobić Babci „ niespodziankę „.
Niespodzianka rzeczywiście udała się, ale na pewno nie należała do tych najmilszych. Wraz z siostrą powkładałyśmy pozostałości po nabojach ( całą naszą kolekcję ) do pieca, a następnie zakomunikowałyśmy Mariannie, że pomożemy Jej napalić w piecu.Babcia ku naszemu zadowoleniu dała się nabrać na niesforny żart swoich wnuczek.Po podpaleniu piec zaczął zawadiacko podskakiwać, podgrzewane do czerwoności niedopałki spełniły znakomicie swoją magiczną powinność. Fajerwerki udały się, ale Babcia nie była zadowolona z nietypowego prezentu. Kuchnia przeżyła nasz diabelski pomysł, za karę byłyśmy rewidowane przy wejściu do domu, czy nie rekonstruujemy naszej straconej kolekcji.

RADIO DZIADKA

Okupacja narzuciła nam wiele uciążliwych nakazów i zakazów. Jednym z nich był brak możliwości otwierania okien, odsłaniania ich na dzień i zakaz posiadania w domu radia.
Dziadek nie dostosował się do zakazu odnoszącego się do radia. Jan wypiłował dziurę w podłodze obok pieca i tam przechowywał radio. Codziennie wyjmował je z ukrycia i wysłuchiwał wiadomości z zagranicy.
Głośnik radiowy był ustawiony tak cicho, że ledwo co było go słychać. Dzięki pomysłowości Dziadka i informacjom uzyskanym przez radio mogliśmy przypuszczać kiedy będą naloty.

BUTRYMAŃCE

Ojciec służąc w AK, wiedział kiedy będą naloty. Parę godzin wcześniej przychodził do domu aby poinformować Mamę kiedy przyjedzie po nas samochód i wywiezie poza granice miasta. Mama musiała być przygotowana na błyskawiczną ewakuację, gdyż nie było czasu na zwłokę. Tata wywoził nas wówczas do dworków w Bolciennikach i Rakliszkach.
Jeszcze przed wojną utrzymywaliśmy zażyłe stosunki z rodzinami tam mieszkającymi. Na wygnaniu przybywaliśmy do paru miesięcy, tak długo jak tego wymagała sytuacja. Niebezpieczeństwo powrotu do Wilna było duże, aresztowania rodzin oficerskich trwały do paru tygodni po bombardowaniach.

* * *

W Butrymańcach przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej.
Był to ważny i doniosły moment w moim życiu. Pamiętam, że Mama pożyczyła dla mnie szaty liturgiczne od jednej z panienek mieszkających w dworku. Na głowie miałam wianek upleciony ze stokrotek wcześniej zerwanych na łące, a na nogach drewniaki.Z majątku do Kościoła Św. Michała Archanioła byłam wieziona tzw. linijką. Był to wóz gospodarski o charakterystycznym wydłużonym siedzeniu, ciągnięty przez konie. Należało siedzieć okrakiem, aby móc bezpiecznie podróżować.
Drugi sakrament w moim życiu przyjęłam w dniu 02 sierpnia 1942r. mając 10 lat.
Na wsi wśród malowniczo położonych dworków mieszkało się lepiej i bezpieczniej. Groźba nalotów i aresztowań była o wiele mniejsza niż w mieście. Żyło się również
biednie i oszczędnie z nędzą która zaglądała w oczy ale ryzyko głodu praktycznie nie istniało.

REPATRIACJA

Nareszcie koniec wojny. Powinniśmy się cieszyć, nastał upragniony pokój, koniec bombardowań, śmierci i niedoli. My nie rozkoszowaliśmy się wolnością.1945 rok nie był dla nas kresem zmagań wojennych.
Ultimatum wydane przez władze rosyjskie jasno przedstawiało sprawę, a mianowicie albo wyjeżdżamy, albo przyjmujemy obywatelstwo rosyjskie i zostajemy w Wilnie.
Mama nie zastanawiała się długo, podjęła decyzję podróży w nieznane – do Polski.
Było nam smutno, opuszczaliśmy dom, grób Dziadka, dorobek życia naszych rodziców i kotka. Poza rzeczami materialnymi zostawialiśmy wspomnienia, wyjeżdżając przekreślaliśmy całe wcześniejsze życie, tak jakby nie było ważne.
Porzucaliśmy nasze Wilno, wiedząc dobrze, że nieprędko wrócimy, a jeśli w ogóle to na parę dni. Czułam się tak jakby Wilno nas wyganiało, zamykało za mną żelazną bramę.
Jechałyśmy do Polski transportem nr 11, zwykłymi towarowymi wagonami. Miałyśmy przy sobie jedynie ubrania, nic poza tym nie można było zabrać. W jednym wagonie tłoczyło się kilkanaście osób. Wracałyśmy bez Taty, tylko Babcia, Mama, Halina, moja mała siostrzyczka Wandzia i ja.
Transport miał nas dowieść do Łodzi, Mama tak zadecydowała, gdyż wielu sąsiadów i znajomych właśnie tam chciało się osiedlić. Pociąg jechał z Wilna do Białegostoku przez dwa tygodnie. Wracałyśmy w marcu było jeszcze zimno i mroźno. Była to męcząca i wyczerpująca podróż, zwłaszcza dla naszej małej siostrzyczki, która co parę godzin potrzebowała ciepłego mleka. Transport codziennie stał po parę godzin na bocznicach, wówczas Mama szła do pobliskich domów i prosiła o jedzenie i mleko dla Wandzi. Zawsze coś przyniosła, również repatrianci jadący z nami w pociągu nie odmawiali żywności, wszyscy się sprawiedliwie dzielili.
W wagonie panował spokój, w powietrzu unosiło się oczekiwanie, niepewność i gorycz.
My Polacy z Wilna nie czuliśmy smaku zwycięstwa nie o taką wolność walczyliśmy.
Niesamowite wrażenie wywarł na mnie widok słupów granicznych, słowa więzły nam w gardle.
W Białymstoku cudem znalazł nas Tata. Kilka dni wcześniej przeszedł przez zieloną granicę. Wiedział, że wszystkie transporty z repatriantami muszą przejeżdżać przez Białystok, dlatego cierpliwie oczekiwał na nas. Codziennie przeszukiwał wszystkie wagony w nadziei, że nas odnajdzie.
Przez parę lat pozostaliśmy w Białymstoku u dalekiego kuzynostwa naszej Mamy.

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2012 Bartosz Musznicki, Elżbieta Musznicka.
Wszystkie prawa zastrzeżone. | Polityka prywatności | XHTML | CSS |