Krzyk rybitw przebiegłych obudził dzień
Upartym wkradaniem się wrzaskliwym.
Z ciszy otchłani nocy spowitej
Czarną jak heban nocą Neptuna.
I nastał dzień, leniwie przeciągając się
Jak kot po ulubionej i beztroskiej drzemce.
Fale z mroku wyłonione chlapały od niechcenia
Obojętnie brzeg jakby zmęczone i niewyspane.
Jednakże tylko promienie słońca próbowały
Je na próżno pobudzić i lotem mewy śmieszki
Maigrywały się ze swojej obowiązkowej codzienności.
Wirem z głębin natchnione a bez sprawczej mocy.
Prądem północnym i lodowatym zgaszone fale
Lśniły kryształowo granatową poświatą.
Wyrzeźbione żywiołem bursztyny i kamyki
Wplotły się w błotnisty brzeg jak bakalie w keksie.
Oddając naturze sens symbiozy z morzem.
A rybitwy i mewy dalej głośno wrzeszczały
Rozmowne jak zawsze i stałe w tym nieskończenie.
Daremnie budząc spokojne i ciche powolne fale.
