X Używamy plików cookie i zbieramy dane m.in. w celach statystycznych i personalizacji reklam. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, więcej informacji i instrukcje znajdziesz » tutaj «.

Numer: 29416
Przesłano:
Dział: Proza

Podstawy bioliteratury

Co to jest bioliteratura?

Przyzwyczailiśmy się , że literaturę tworzą wyłącznie ludzie . Bo jak to- tylko my znamy pismo ,tylko my mamy bohaterów ,tylko nasza miłość posiada dylematy moralne ... Tak przynajmniej sądziliśmy do XIX wieku , a nawet do połowy XX wieku , kiedy nasze dorastanie we wszechświecie brutalnie przerwały dwie wojny światowe ,przez co przedłużyło się roztrząsanie naszej tzw. „moralności”.

Ale ostatnie półwiecze zasadniczo zmieniła wielka rewolucja technologiczna. Nagle zdaliśmy sobie sprawę , że mamy konkurencję w postaci inteligentnych urządzeń. Dobrze widoczne jest to w mikroskali –na przykład z mojej perspektywy. Jako zapalony szachista ,który regularnie trenuje umysł ,muszę prawie za każdym razem uznawać wyższość komputera szachowego...

W tym kontekście nie dziwi , że nabieramy pokory i powoli uczymy się otaczającego nas świata. Także nasz stosunek do literatury ulega głębokim przewartościowaniom. Dzięki wycieczkom na łono przyrody nagle stwierdzamy ze zdziwieniem graniczącym z szokiem kulturowym , że do stworzenia dobrej literatury nie jest potrzebne pismo , a literatura istniała , odkąd na Ziemi pojawiło się życie !

A więc – literatura ludzka jest tylko drobnym promilem BIOLITERATURY. Bioliteratura będzie w dodatku istnieć dopóty , dopóki na Ziemi nie zgaśnie bios /z grecka życie/.

Bioliteratura nie uznaje podziałów ani na lirykę , epikę czy dramat , ani nawet na naukową literaturę piękną. Wszystko w niej jest równocześnie alfą i omegą – aż do wyjałowienia Ziemi. Poszczególne utwory bioliterackie posiadają więc całe rzesze równych sobie bohaterów , co oczywiście niełatwo jest nam zaobserwować ze względu na długość / a raczej krótkość / naszego życia .

Jedyną rzeczą ,która w jakiś sposób łączy bioliteraturę i literaturę ludzką , jest kryterium piękna i oryginalności. Ale nawet te pojęcia są przez człowieka i przyrodę rozumiane zupełnie odmiennie .Rzutuje na to oczywiście trwające już wiele tysięcy lat oderwanie człowieka od świata” prawdziwej” przyrody. Z przykrością trzeba stwierdzić ,że dziś łączą go z nią tylko zachowania seksualne i różne czynności fizjologiczne ! Dlatego liczne opisy przyrody znane z naszej literatury podporządkowane są ludzkiej perspektywie .Tymczasem w przyrodzie dany gatunek istnieje WYŁĄCZNIE dzięki istnieniu tysięcy innych , jest na nie skazany i nie jest samowystarczalny. Nie może więc być mowy o tym , by ktokolwiek miał w tym świecie mniejsze prawa od innych.

Piękno przyrody ,którym zachwycamy się my , jest więc z punktu widzenia przyrody NORMALNOŚCIĄ i dlatego nie może w żadnym razie być podstawą bioliteratury. Taką podstawą może być tylko coś , co dla samej przyrody wydaje się piękne , oryginalne i nietypowe. Coś , co dla samej przyrody stanowi wyjątek , na podstawie którego będzie ona mogła tworzyć nowe standardy. I dopiero to kiedyś , w przyszłości , będzie „muzealną „ klasyką.

O ile tylko będzie miało wartość użytkową dla przyszłych organizmów.

Zapylanie roślin –piękna antypoezja.

Zapylanie roślin przez owady to według przyrody użyteczny kicz/oczywiście z punktu widzenia JEJ WŁASNYCH kryteriów sztuki/. Ale nawet kicz nie może być robiony „od niechcenia”. Przyroda wymaga zarówno od kwiatów jak i owadów pełnego profesjonalizmu w wykonywanym fachu , gdyż od tego zależy po prostu jej istnienie . Dopiero gdy wszyscy „na piątkę” wykonają postawione przez przyrodę zadania , dopiero wtedy w wolnym czasie co bardziej utalentowane osobniki mogą sobie pozwolić na uprawianie sztuki.

Wtedy dopiero okazuje się , że tylko dzięki posiadaniu takiej bazy można stworzyć, nawet z punktu widzenia przyrody , coś naprawdę oryginalnego. Najczęściej jest to dzieło przypadku. Ale gdy naprawdę dobrze opanuje się podstawowe rzemiosło , przypadki namnażają się same...

To właśnie ten podstawowy fakt powoduje , że w przyrodzie nikt nie jest z góry faworyzowany i że odkrywcą może być każdy organizm.

A oto przykład .

Na prosieniczniku siada motyl zwany perłowcem królewiczem . Wydaje się , że dzięki swoim okazałym rozmiarom powinien być królem łąki. Ale nic bardziej mylnego . Prosienicznik stał się dla niego pułapką bez wyjścia , co niestety zrozumiał dopiero wtedy , gdy skosztował trochę nektaru . Prosienicznik jest mały , a on wielki . Męczy się więc straszliwie ,ślizgając po kwiecie. To jest dokładnie tak , jak jedzenie posiłku na rollercoasterze . Nie chciałbym być w skórze tego , który musi to robić...

A przecież dookoła rosną rośliny baldaszkowate . Stoły i krzesła ! Jaki więc diabeł podkusił go do takiej nieodpowiedzialności? Chyba chciał popisać się swoją wspaniałością przed innymi. Jeśli tak , to się popisał ... bezdenną głupotą. Bo teraz nie ma odwrotu. Trzeba do dna pić piwo ,które się nawarzyło . Przecież podstawowa zasada mówi , że nie wolno pod żadnym pozorem kosztować kilku rodzajów nektaru naraz . Nawet najmniejsze muchówki wiedzą o tym .

Jednak w miarę obserwowania otoczenia motyl dochodzi do wniosku , że nic na tym świecie nie jest biało –czarne . Pozornie idealne baldaszkowate / w tym wypadku arcydzięgiel litwor/ są ...zbyt wygodne. Dlatego zaczyna się na nich robić niebezpieczny tłok . A z tego korzystają profesjonalni zabójcy –pająki kwietniki namiastki.

To nie jest bynajmniej jednostkowa historia. To opowiedziana na podstawie przeżyć jednostki historia dramatycznych wyborów : czy dla chwili wygody i komfortu ryzykować zamianę w kwanty energii ,czy też ,znosząc wielkie trudy i niewygody , przedłużyć życie o kilka miesięcy . Problemem jest też to , że motyl nie ma czasu na podjęcie dojrzałych decyzji –zbyt krótkie jest jego życie.

Co innego ssaki czy ptaki...

Na kwietnej łące wszystkie prawa są odwrotnością praw ludzkich . Mimo iż panuje tu nadpodaż żywności ,zawsze istnieje też nadpopyt - tym większy , im większa jest nadpodaż. Owady kłócą się o jak najlepsze miejsce przy stole .Krzywdy jednak nie chcą sobie wyrządzać , bo szanują swój wzajemny trud .Dlatego zgodnie z zasadą , że co jest literaturą dla ludzi ,nie jest bioliteraturą, kandydatów na bioliterackich bohaterów należy upatrywać wśród tej nielicznej grupy owadów , która jest apatyczna i leniwa lub tylko zabawy chodzą jej po puszkach głowowych. Takich antybohaterów należy szukać, na przykład , na kwitnących roślinach bezpośrednio w sąsiedztwie wody. Są to chruściki.

Owady te uwielbiają chować się głęboko w trawach /co zaobserwowałem w rezerwacie długosza królewskiego w Puszczy Niepołomickiej/ albo traktować liście jak place zabaw /chruścik wielki/.
Istnieją też przypadki owadów – sabotażystów ,które dla zaspokojenia własnych zachcianek potrafią zniszczyć kwiat , by dostać się do nektaru. Nie widzą one w tym nic złego . I to jest właśnie kolejny temat bioliteratury : spór o zakres wolności w przyrodzie.
Osią sporu jest pytanie : czy kwiat może być WŁASNOŚCIĄ owada?

Odpowiedzią bioliteratury /stan na dziś/ jest : tak ,ale... Gdyby rzecz rozgrywała się tylko w formacie kwiat – owad ,bioliteratury na ten temat w ogóle by nie było/przyroda ogranicza własność prywatną i rezerwuje ją wyłącznie dla zwierząt wyższych/ Ale do dyskusji włącza się wiatr. Dzięki niemu istnieje pewna grupa roślin /trawy i rdestowce/ , która zapylania nie potrzebuje. Więc co stoi na przeszkodzie , aby owady trochę sobie na nich poleniuchowały? A co z problemem kwiatów samotnych? Przecież takie też istnieją , szczególnie w środku lasów. Co w tym złego , gdy jakiś konkretny owad zaopiekuje się takim kwiatem? Tu wiatr może wyciągnąć pomocną dłoń ,by wyswatać samotne „serca” /o ile ją ma.../

Ale temat ten zahacza już o następny rozdział.

Miłość , śmierć i przemijanie – odwieczne tematy bioliteratury.

Skoro wiemy , że bioliteratura istniała od zawsze , że ludzkie pismo alfabetyczne jest tylko częścią biopisma , a literatura –częścią bioliteratury , to staje się oczywiste , że miłość , śmierć i przemijanie muszą być dyżurnymi tematami bioliterackimi.
Ostatnio zwiedziłem Gorczański Park Narodowy. Jest to park powszechnie uważany za górski. Jednak uważny turysta po pewnym czasie orientuje się , że coś tu nie gra. Jak to możliwe , że Turbacz , leżący na wysokości aż 1314m . n.p. m. nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle otoczenia, a droga na szczyt jest płaska jak stół?

Tak ,drogi turysto! Jesteś spostrzegawczy. Gorce to GÓRY BEZ GÓR. Sama przyroda także nie mogła nie zauważyć takiego ewenementu. Dlatego uczyniła z Gorców poligon doświadczalny dla bioliteratury , a przynajmniej dla trzech tematów odwiecznych. Splatają się tu one ze sobą nierozerwalnie jak w jakimś uniwersalnym , pantarejowskim tańcu.
Z poprzedniego rozdziału wiemy już , że przyroda uznaje opisywanie procesu zapylania kwiatów przez owady jako rzecz niegodną uwagi. Nic dziwnego – w procesie tym obowiązuje swoisty „kodeks drogowy”, którego przestrzega 99,9% jego uczestników. Pozostali starają się go obejść , a więc są wybitnymi biopisarzami/tak jak u ludzi/.
Jednak Gorczański Park Narodowy jest nawet dla samej przyrody czymś , co „czyta „ ona z przyjemnością i zaciekawieniem. Panuje tam taki mrok , taka gęstwina , że skazuje ona kwiaty na samotność. A gdy już w partiach szczytowych Gorców drzewa ustępują miejsca halom , kwiaty, zanim krzykną „ Hurraaa” ,słyszą odpowiedź bliźniczki psiej trawki : „ No passaran!”.

Właśnie dlatego , że miłość między kwiatami i owadami jest tu tak utrudniona , obie strony zmuszone są działać , nawet jak na przyrodnicze gusta , niestandardowo.

Pierwszą rośliną ,która daje ‘sygnał do ataku” jest jastrzębiec pomarańczowy. Ten symbol /obok salamandry/ Gorczańskiego Parku Narodowego jest w warunkach górskich najmniejszą rośliną z rodziny Compositae. Najmniejszą i najpiękniejszą zarazem . Cztery bliźniaczo podobne do siebie kwiaty/sierpik ,również nieczęsty typ kwiatostanu/ z uzbrojonymi jak na bitwę kielichami stają sobie dumnie w luce między dwoma świerkami . Taka postawa mówi wszystko. I chociaż ja nie miałem zbyt wiele czasu na obserwacje pojedynczych okazów /wróciłem późno w nocy/ , to jestem przekonany , że bój jastrzębca o „bratnią duszę” ma wszelkie szanse powodzenia.

Jaka jest więc , według przyrody , podstawowa różnica między miłością a aktem seksualnym?

Odpowiedź przyrody jest oczywista. Miłość i seks to dwa różne pojęcia. Seks to OBOWIĄZEK .Tym właśnie można wytłumaczyć fakt , że opis zapylanej kwietnej łąki zupełnie ją nie interesuje . Seks jest po prostu REGUŁĄ , którą przyroda napisała , by w ogóle istnieć...

Natomiast pod pojęciem miłości przyroda rozumie WSZYSTKO , CO OD TEJ REGUŁY ODBIEGA. W Gorczańskim Parku Narodowym tych wyjątków , i to różnorodnych , jest bez liku. Powszechnie wiadome jest każdemu wysokogórskiemu turyście , że świerk i jodła , delikatnie mówiąc , nie pałają do siebie sympatią. W Gorcach posuwają się nawet do wzajemnego apartheidu. Ale to również w Gorcach spotyka się wiele przykładów miłości między tymi drzewami. Dotyczy to szczególnie drzew młodych , pozbawionych jeszcze klasowo – rasowych uprzedzeń . Potrafią one rosnąć tak blisko siebie , że muszą odczuwać ból własnych korzeni nawzajem ścierających się przez lata. Jak jednak widać ,ich miłość wciąż trwa...

Gdy miłość nierozerwalnie wiąże się ze śmiercią , powstaje specyficzny , godny bioliteratury typ uczucia – MIŁOŚĆ EKONOMICZNA. W Gorcach tworzą ją świerki i czyrenie świerkowe .Zgodnie z zasadą , że miłość jest wszystkim oprócz seksu ,czyrenie zasiedlają zamarłe i często poucinane w połowie przez wiatr świerki. Właśnie dlatego , że w świerkach tych nie ma już nic z wyjątkiem stojących trocin , czyrenie przez swoje życie na pustce chcą przynajmniej przypomnieć dzisiejszym mieszkańcom puszczy o dawnej chwale zamarłych gigantów – są więc dla nich nauczycielami biohistorii i kronikarzami zarazem .

A że przy okazji lubią trociny , godzą przyjemne z pożytecznym . I na tym właśnie polega EKONOMIA MIŁOŚCI –wilk syty i owca cała...

Zjawiska atmosferyczne a bioliteratura.

W literaturze ludzkiej mgła ma znaczenie symboliczne – pisząc o mgle poeci mają najczęściej na myśli podtekst seksualny lub w najbardziej „łagodnej” wersji – szeroko rozumiane stosunki damsko – męskie . Nie inaczej jest w przypadku słońca , deszczu czy tęczy. Z kolei pisząc o wietrze mają na myśli „wiatr zmian „ , czyli kontekst historyczny.

Tymczasem zjawiska te pozbawione są jakiejkolwiek wartości bioliterackiej . Mgła to po prostu przewalające się tumany gazu , opady to coś mokrego , a tęcza to zjawisko optyczne . Ale dla samego istnienia bioliteratury zjawiska te są po prostu nieodzowne! Są one MATERIAŁAMI PIŚMIENNYMI – nie tylko dla bioliteratury , ale także dla zrobienia przez przyrodę zwykłych , niebioliterackich notatek.

Nas jednak konsekwentnie interesuje bioliteratura.

Październikowy poranek 19.. roku był wyjątkowo ciepły. Temperatura nie spadła poniżej 10 stopni Celsjusza . Jednak było tak mglisto , że słońce przez dłuższy czas było zredukowane do postaci „słonecznej planety” . Ponieważ takie zjawiska obserwujemy w październiku dość często , nie wyszło to poza niebioliteracką notatkę. Ale znalazły się dwa organizmy , które tego dnia były silnie bioliteracko nastawione – snuwik i lejkowiec labiryntowy. Postanowiły one zamienić biourzędnicze notatki na zagadki bioliterackie.

Lejkowcowi labiryntowemu nie powiodło się. Nie mogło mu się powieść. Jego ambicje nie były dostosowane do jego talentu . Dał więc sobie spokój z tworzeniem sztuki i skoncentrował się wyłącznie na tworzeniu swoich ohydnych lejów na żywopłotach. Tu okazał się być prawdziwym profesjonalistą – po kilku dniach leje wypełniły się pustymi pancerzykami po owadach.

Zupełnie inaczej ułożyły się losy snuwika. Ten pająk ma po prostu talent. Do tego stopnia , że mgła została przez niego „obegrana” i całkowicie zespoliła się z jego siecią. A ponieważ pająk jest maleńki , nigdy nie byłem / i nadal nie jestem / w stanie odróżnić go od kłębków waty na krzewach pochodzenia czysto „mgielnego”. Ale talent kosztuje i wymaga cierpienia! Mgła powoduje , że zwierzę to , choć jest zmiennocieplne , marznie . Co gorsza , nie jest w stanie podnieść swej temperatury dopóty ,dopóki nie obejrzy słońca.

No to po co , u licha , tak naraża własne życie ?

Odpowiedź jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Drobne muchówki , na które on poluje , nie są zbyt rozgarnięte i nie mają instynktu samozachowawczego. Toteż gdy pojawia się słońce , siadają byle gdzie , by się ogrzać. /Oczywiście swoją głupotę równoważą rozrodczością/. Snuwik jest doskonale przygotowany na taki scenariusz. A więc – cierpienie w przyrodzie także ma sens ekonomiczny...

Rok 2015 ,którego końcówkę mamy teraz , zapisze się w annałach jako rok bioliteraturotwórczy. Brak normalnych dla naszego klimatu pór roku spowodował ogromne anomalie w rozwoju runa leśnego. Saharyjski sierpień zaowocował czterodniowym , lecz wielkim wysypem podgrzybków w nowosądeckich lasach. To było z ich strony wielkie pożegnanie z ludźmi – pomimo deszczowego października nigdy już nie odżyły ponownie ..

Ale największą sensację sprawiły borowiki .Zresztą nawet w normalnych czasach są one jednymi z współtwórców bioliteratury science – fiction . Zdarza się bowiem , że rosną jeden na drugim –wtedy ten wyższy staje się pępkiem drugiego lub przypomina filmowego Quato. Tym razem , odmiennie niż w normalnych pogodowo /lub nawet umiarkowanie suchych/ latach rosły z pominięciem etapu „dziecięcego”. Właśnie dlatego mogłem , w pięćdziesiątym pierwszym dopiero roku życia , dołączyć do dość elitarnego „klubu kilowiczów „ ,czyli grzybiarzy , którym udało się znaleźć borowika o wadze od 1 kg wzwyż.

Generalnie jednak las poniósł prestiżową klęskę w walce z suszą . I kto wie , czy w przyszłym roku w ogóle byłoby co zbierać , gdyby nie tak pogardzane przez wszystkich pseudo – estetów trawy . Od tego roku będę więc powtarzał wszystkim tysiące razy zdanie , które stało się już bioliteracką klasyką : KIEDY TRWOGA , ZWRÓĆ SIĘ O POMOC DO TRAW. To dzięki ich matczynemu płaszczowi młode drzewka nie pousychały i co ważne , ich nasiona zachowały zdolność ekspansywną. To właśnie trawy uratowały honor nowosądeckich lasów i przeniosły zagrożone wysuszeniem grzybnie pod wyżej przeze mnie wspomniany matczyny płaszcz .

Trzeba też wspomnieć o tym , że w chwili próby / apogeum suszy/ zdezerterowały jeżyny –dotąd największe opiekunki grzybów . Nie wiem , jak ja zachowałbym się po takiej zdradzie...

Ale ja –to ja , a przyroda – to przyroda , więc zobaczymy , co będzie w przyszłym roku .

Reasumując , sądzę , że przyrodzie przydaje się bioliteracki katharsis . Bo , parafrazując słowa Szymborskiej , przyroda tyle wie o sobie , ilu jej członków w najmniej oczekiwanym momencie przejdzie /lub nie/ próbę ogniową.

Skały – jeden z filarów bioliteratury.

Skała to słowo –klucz w poezji . Oznacza ona kogoś mężnego , niezłomnego ,ale też - jak przekonałem się podczas kilku lat aktywnego członkostwa w krakowskim Teatrze Promocji Poezji –osobnika niestałego emocjonalnie , zdolnego do popełnienia samobójstwa. Dlatego słowo „skała” zawsze odtąd będzie mi się kojarzyło z jakimś ludzkim dramatem .

Natomiast skały w przyrodzie to NEKROOSOBOWOŚCI. Termin ten oznacza , że choć nie są bioliteraturą samą w sobie , posiadają zdolności przywódcze . Tylko przyroda wie , do czego i w jakim terminie należy je wykorzystać . Oznacza to , że skały tworzyły , tworzą lub będą tworzyć bioliteraturę – nigdy jednak równocześnie , bo to bioliteraturę by zabiło . Ludzie podświadomie też to wiedzą , toteż obszary o szczególnej koncentracji skał są parkami narodowymi bądź rezerwatami przyrody .

Z mojej pracy zatytułowanej „ Dzika Jura Krakowska „ wynika , że skały wapienne posiadają NEKROŚWIADOMOŚĆ. Jest to oczywiste – w dalekiej przeszłości były one zwierzętami .

W Dolinie Racławki pod Krakowem , zwanej przeze mnie „ Rezerwatem Wilczych Dołów” skały uprawiają NEKROMIŁOŚĆ / nie nekroseks – o różnicy między miłością a seksem pisałem już powyżej/. U wylotu Doliny kilka z nich , wyrastając wprost z dna Racławki , tworzy naturalne organy . Niesłyszalny chór nierozłącznych nekroprzyjaciółek przyciąga przyrodnicze klejnoty , takie jak chrząszcza zwanego szykoniem metalicznym czy największego polskiego motyla – perłowca królewicza . Z miłości wypływa przesłanie pokoju , toteż nawet wiatr zatrzymuje się tutaj na chwilę zadumy , a jeśli chciałby wojować , nekroprzyjaciólki od razu stawiają mu szlaban z własnych „ciał”. Wiatr wpada w pułapkę. Musi się potem przeczołgiwać jak wąż między szczelinami skał.

Jednak miłośnicy dolinek podkrakowskich wiedzą doskonale , że jest ich aż 9/ z OPN -em i dolinkami leżącymi na południe od głównego pasa aż 12/ i są równie piękne . Dlaczego więc tylko ta jedna spełnia bioliterackie kryteria?

O bioliterackości Doliny Racławki przesądza jej niekonwencjonalne , nawet jak na Jurę , położenie .Tylko w tej jednej dolince skały rozmieszczone są niesymetrycznie i nieregularnie . Tylko tu piękno skał nie wynika jedynie z faktu , że wcinają się one w rzekę . Bo w rzeczywistości są to dwie dolinki – jedna jest kanionem , a druga nie . Jednak zarówno jedna , „Racławkowa” jak i leżąca tuż obok „ Bezracławkowa” szczycą się równie imponującymi skałami . Łączy je ...zamiłowanie do horrorów –wyglądają tajemniczo i groźnie .

Jestem zdeklarowanym miłośnikiem skał wapiennych , bo są one najbardziej „wygadane „ ze wszystkich skał / a ja nie potrafię długo milczeć/. Lubię grzać się w blasku ich biolegend , które w tym wypadku zawsze zawierają ziarno prawdy ze względu na ich niemożliwą do ogarnięcia przez ludzi biohistorię. Toteż od zawsze marzyłem również o zwiedzeniu Pienin . A gdy się to stało , mogłem dokonać analizy porównawczej Jury i Pienin .

W świetle tego co omawiałem wcześniej , banałem jest stwierdzenie , że gdyby Pieniny były podobne do Jury , bioliteratura obu tych pasm górskich przestałaby istnieć . Jedyne , co łączy więc Pieniny z Jurą , to wapienny charakter ich skał . A skoro oba pasma górskie są tak różne , może to oznaczać tylko jedno : one wiedzą o swoim istnieniu i nie chcą się małpować! Wątpię , czy gdyby się plagiatowały , zasługiwałyby na miano parków narodowych...

Skały Ojcowskiego Parku Narodowego , przyszłego Jurajskiego Parku Narodowego i Dolinek Podkrakowskich malują się manganem , co dodaje im powagi . Jest to jednak smutna , żałobna wręcz powaga . Wydaje się , że skały te nie mogą sobie do tej pory poradzić z problemem STANIA SIĘ SKAŁAMI.

Wapienne skałki Pienin - wręcz przeciwnie. One chcą cieszyć się nekrożyciem! Ich egzystencję wypełnia ...działalność gospodarcza będąca pochodną nekroaktywności. Ponieważ są wyższe od skał jurajskich ,mają szersze horyzonty i widzą znacznie dalej.

Podstawą ich działalności gospodarczej jest żółte lub brązowożółte zabarwienie oraz tafelkowato łuszcząca się „skóra”. Słusznie domyślają się , że takie tło polubią organizmy importowane . Łatwo im więc przychodzi zawarcie wzajemnie korzystnych transakcji handlowych . Na obecnym etapie ewolucji ich „oczy” zwrócone są na Daleki Wschód Rosji .Rośnie tam chryzantema /złocień/ Zawadzkiego i właśnie ona zostaje z tego regionu sprowadzona w Pieniny .

Lecz gdyby Pieniny bazowały tylko na imporcie , ich gospodarka szybko popadłaby w stagnację. Dlatego jej podstawą jest dziś produkcja rodzima . Ponieważ żółte skały są naturalnymi panelami słonecznymi , nadają się one idealnie na organizmy endemiczne –na przykład pszonaka pienińskiego ,smagliczkę pagórkową i wiele innych . Oddziaływanie tych naturalnych paneli sięga bardzo głęboko do wnętrza lasu , dlatego las , nie chcąc być gorszy od skał , produkuje unikalne runo . Na dużej przestrzeni tego lasu podstawą jego jest kozłek całolistny w kombinacji z żywcem cebulkowym .Tego nie ma w żadnym innym polskim lesie .

Fakt , że jestem zagorzałym fanem wapienia , nie zaślepia mnie i nie czyni obojętnym na piękno innych typów skał . Podobają mi się , na przykład ,skały fliszu karpackiego . Zwiedziłem dwa „sztandarowe” rezerwaty tego typu skał – Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach oraz Bukowiec .’

Samotne fliszowe ostańce , zasilane żylastymi korzeniami drzew , są dla tych rezerwatów charakterystyczne i dlatego z punktu widzenia bioliteratury dość kiczowate . Żywą bioliteraturą są dopiero „polskie mesy” , czyli stoły , przy których spotkać się mogą unikalne gatunki . Tu modrzaczek spotyka się z torfowcem nastroszonym . Łatwo mnie wyobrazić sobie , co czuje endemit spotykając się z drugim endemitem w blasku fliszowych fleszy . To uczucie ulgi , że nie jest się jedynym klejnotem na tym świecie i że niepospolitość nie jest obiektem zazdrości , a tęsknoty za ideałem...

Bioliteratura o nietypowej tematyce .

Chyba wielu moich Czytelników , patrząc na tytuł tego rozdziału , pomyśli sobie o gruszkach na wierzbie lub o niebieskich migdałach .

Niestety , jestem zmuszony wyprowadzić ich z błędu .

Prawda jest taka , że zarówno gruszki na wierzbie jak i niebieskie migdały to w przyrodzie banał! W tym pierwszym przypadku gruszki na wierzbie tworzą listnice . Są to drobne rośliniarki /według niektórych zoologów osy/ z rodziny galasówkowatych , które w ten sposób budują domki dla swoich larw. W drugim przypadku zaś są to piaskowce modrzaki – niebieskie grzyby jadalne w kształcie migdałów i faktycznie crème de la crème piaszczystych lasów. Ale o tym za chwilę.

Zatem bioliteratura o nietypowej tematyce to po prostu znany z portalu extrastory.pl dział pod tytułem „Wszystkie inne” –tyle że w przyrodniczym wydaniu.

Oto dwa przykłady.

Wokół Pustyni Błędowskiej koło Olkusza toczy się bogate życie bioliterackie. Istnieją tu liczne kluby , w których swe dzieła prezentują zarówno rodzimi twórcy jak i goście zagraniczni /wierzba kaukaska/. Niektóre z nich są kiczowate , inne reprezentują niezły poziom , a kilka jest tak wybitnych , że już dziś tworzą nieprzemijającą bioklasykę. Wszystko to opisałem już w utworze „ Na pustynnym szlaku” . Dlatego dziś opiszę zupełnie inny aspekt tej sprawy. Tematem tego podrozdziału jest MECENAT sprawowany nad tym przedsięwzięciem .

Jak zagospodarować pustynię ,by stała się kwitnącą oazą? Większość organizmów zapytałaby „ A po co?” Przecież prędzej czy później słońce je wypali albo pochłoną wędrujące wydmy...

Ach ,wy tchórze! Dlaczego nie chcecie być kowalami swego losu? Czy nie dociera do waszych umysłów to , że przyroda wam pomoże , jeśli tylko wniesiecie choć trochę własnego kapitału?

Ale po co ja to mówię? Ja , podobnie jak inni ludzie na tej planecie , nie rozumiem przyrody do końca .Na szczęście ,przyroda ma dobrych psychologów , którym udaje się namówić oporne organizmy do osiedlenia się na pustyni .Najważniejszym z nich jest sosna.

Nie waham się stwierdzić , że sosna jest tym dla polskiej przyrody , czym Matka Boska dla narodu polskiego . To ona ,jako duchowy przewodnik polskiej przyrody ,głosi wszystkim organizmom żywym ,że pustynie są tylko wytworami wyobraźni i jako takie mogą być łatwo przerobione na inne wytwory wyobraźni. To rewolucyjne stwierdzenie porywa do działania i sprawia , że nawet najmniejszy organizm staje się cudotwórcą. Nagle wszyscy stają się mocarzami i w niesprzyjających polskich warunkach glebowych wszędzie tworzą ogrody Semiramidy. A piaskowiec modrzak tylko zapisuje na piasku kolejne etapy tworzenia lepszego świata...

Sosna jest jednak straszliwie zmęczona po tak tytanicznej pracy. W przeciwieństwie do Matki Boskiej wciąż przecież jest fizycznym bytem! Tysiące jej hektarów pada więc ofiarą choćby opaślika sosnowca – szatańskiego owada o pięknym wyglądzie. Na widok „suchego pioruna” –truchleje ze strachu. Tylko jej korzenie zawsze trzymają się mocno...

Obszar Polski jest prawie w całości ZAKAMUFLOWANĄ PUSTYNIĄ. Gdyby nie sosna , nie dałoby się w niej żyć. Ale dla bioliteratury znaczenie ma nie rola sosny w ekosystemie , tylko to , czy poszczególne jej egzemplarze posiadają nietypowe talenty . Nam , ludziom , niezmiernie trudno je dostrzec w gęstej puszczy . Jednak na Sokolicy w Pienińskim Parku Narodowym ,sosna pokonuje lęk przestrzeni i zawisa nad kilkusetmetrową przepaścią. Nie ma wątpliwości , że z tego powodu jest bioblogerką. Wystawiając się na widok biopubliczności na kilkadziesiąt lat opisuje im takie przeżycia , których po ludzku opisać się nie da i co gorsza ,zmuszona jest jeszcze wysłuchiwać krytycznych uwag tych , dla których może być pra – pra – prababką...

Tak ,tak –bioliteratura posiada również ciemną stronę mocy.

Czytelnik zapyta : co mogłoby być bioliterackiego w śpiewie ptaków ? Przecież tu nie potrzeba żadnego talentu , a tylko skuteczności w zalotach! Poza tym ptaki mają wrodzone „matryce głosowe” i dlatego każdego ptaka można rozpoznać po głosie .

Przeczytałem wiele publikacji na ten temat i gdy zdobyłem nieco doświadczenia , udawało mi się już rozpoznać po głosie ,który gatunek ptaka zamieszkuje dany habitat . Ale po pewnym czasie zauważyłem pewne rozbieżności z wiedzą teoretyczną , które w miarę upływu czasu tylko się pogłębiały .Mnożyły się pytania. W końcu doszedłem do wniosku , że przyroda sama zapędziła się w kozi róg i pomieszała głosy w sposób niemożliwy do rozszyfrowania nawet dla niej samej...

A miała spójną i uporządkowaną koncepcję . Chciała po prostu wymyśleć dla ptaków niedrapieżnych wspólny sposób porozumiewania się . Bioliteratura powstała w tym przypadku dlatego , że koncepcja ta poniosła klęskę! Dzisiaj tak odległe od siebie gatunki jak dzięcioł czy kos do perfekcji opanowały ptasie esperanto/dzięcioł nawet nie ma własnego języka/, natomiast kwiczoł ,który również jest gatunkiem kosa i z kosem właściwym dzieli nawet to samo drzewo , zawsze posługuje się niezrozumiałą dla „normalnego” kosa „strzygącą” chińszczyzną.

Ptaki ,jako istoty inteligentne i chcące uczestniczyć w przemianie świata wiedzą , że coś tu nie gra .Najlepiej byłoby , według nich , łączyć indywidualną komunikację wewnątrz własnych gatunków z perfekcyjną komunikacją międzygatunkową. Ale nawet z bioliterackiego punktu widzenia jest to bardzo trudne.

Jako istoty rozumne ptaki mają poczucie więzi , jaka powinna je łączyć. Te ,którym misja jednoczenia wychodzi najlepiej dzięki indywidualnym talentom /szpaki i zięby/, nie mogą się oprzeć pokusie „wykrzyczenia” na cały świat własnego sukcesu. Szpaki , popadając w stan euforii, stają na najbardziej eksponowanej gałęzi drzewa i machając skrzydłami głośno śpiewają. Oczywiście jest to ptasia wersja występu na scenie przed szeroką publicznością.

Na przeciwnym biegunie plasuje się pokrzewka piegża. Ona też chciałaby umieć porozumiewać się z innymi ptakami , ale jej to kompletnie nie wychodzi . Nawet umiejętność komunikowania się z przedstawicielami własnego gatunku zawdzięcza ogromnej dozie szczęścia! Bo co by się stało , gdyby akurat w pobliżu sejmikowały bociany? Podejrzewam , że uznałyby one , że ktoś po prostu wyśmiewa się z ich klekotu! Gdyby znalazły „winowajczynię” ,ta z pewnością popadłaby w tarapaty...

Dlatego właśnie pokrzewka piegża wstydzi się samej siebie. Zaszywa się więc w największym gąszczu , skąd od czasu do czasu słychać jej „pożalsiębożeklekot”.

Jednakże subtelności śpiewu ptaków i podwójna rola sosny to tylko jedne z wielu nietypowych tematów bioliterackich ,które ,jak podejrzewam , mogą stanowić nawet połowę całej bioliteratury . Warto w tym miejscu wspomnieć , na przykład , o brzozie niskiej ,której nie podoba się naturalny rytm pór roku i chce go za wszelką cenę odwrócić. Na wiosnę ostentacyjnie nosi więc szatę z czerwonych , a nie zielonych liści . Wspomnę tu także o podgrzybkach – komandosach , które odważnie wchodzą pomiędzy owocniki muchomora sromotnikowego .


Zagrożona przyszłość bioliteratury?

Przyroda bez bioliteratury , tak jak człowiek bez literatury , może się obejść . W końcu jest ona tylko dodatkiem do bioróżnorodności ,która bez bioliteratury nie jest zagrożona . W tym rozdziale spróbuję odpowiedzieć na pytanie , jak bez niej wygląda przyroda.

Sosna , o której tyle napisałem w poprzednim rozdziale , ma skłonności autorytarne . Trudno się temu dziwić , biorąc pod uwagę fakt , że potrafi jako jedyna tworzyć coś z niczego . Niestety , autorytaryzm zabija z czasem indywidualność , dlatego jakże często sosny tworzą monokultury ,w których dobierają sobie współpracowników według z góry narzuconych schematów .

Najgorszą ich cechą jest zarozumiałość . Gdy już okrzepną na postpustyni ,ani przez chwilę nie pozwalają nikomu zapomnieć ,czego dokonały. Celowo zostawiają więc piaszczyste , pustynne podłoże pod sobą . Ale przyroda , starannie ważąc na szali wszystkie za i przeciw ,podziela poglądy sosen , dokonując tylko drobnych korekt na wypadek gdyby kiedyś jednak zaczęła doskwierać im samotność. Ową „kosmetyczną korektą” krajobrazu jest zawsze szczodrzeniec żarnowiec – krzew radosny , słoneczny i ...motylkowy . Jego „motylkowość” na długie lata wzmacnia antybioliterackość krajobrazu –wiążąc w swych korzeniach żyznodajne bakterie brodawkowate sprawia , że sosna w monokulturze czuje się wspaniale...

Ale nie tylko sosny winne są potencjalnemu upadkowi lub przynajmniej stagnacji bioliteratury. Na żyznych obszarach Polski , szczególnie w górach , wielkimi hamulcowymi kreatywności przyrody są jeżyny . W początkowej fazie ich rozwoju pełnią bardzo pożyteczną rolę parasola ochronnego dla inicjatyw bioliterackich. Ale gdy już okrzepną , rozkrzewią się i rozrosną , wszelkie organizmy żywe duszą się w ich uścisku i emigrują . Szczególnie „zasłużona” pod względem duszenia bioliterackich inicjatyw jest Rubus hirsutum -prawdziwy „bicz boży „ górskich lasów. Ta kosmata jeżyna zarasta dziesiątki hektarów lasów i katastrofalnie zubaża je . Jest przy tym mściwa i okrutna – do tego stopnia , że nawet inne gatunki jeżyn panicznie przed nią uciekają. Sama pozbawiona jakichkolwiek talentów / ani ładna , ani smaczna/ skutecznie odbiera innym organizmom ducha walki ,wygrywając z nimi doskonałym uzbrojeniem . Ja też się jej boję , ale cóż –muszę utrzymywać z nią kontakty choćby po to , by wiedzieć , jak ją zneutralizować podczas grzybobrań...

Żelazna zasada bioliteratury mówi , że jeśli piękna jest w nadmiarze , przestaje ono być pięknem . O tej zasadzie najwyraźniej zapomina muchomor czerwony . Gdyby on rósł rzadko i pojedynczo , z pewnością wzbudzałby zachwyt. Ale rezultatem tego , że on bardzo chce się pokazać ,jest przerost formy nad treścią. Wychodzi z tego typowa „opera mydlana” – przesłodzona miłość do brzóz , które w dodatku tyją od nadmiaru cukru dostarczanego im przez muchomory i nie są w stanie wywiązywać się z „psiego” obowiązku produkowania koźlaków.

Ale ja ,po latach doświadczeń , trochę już przyrodę rozumiem . Po pewnym czasie następuje po prostu przesyt i znudzenie literaturą i w tej dziedzinie nic mnie od przyrody nie różni . Może się więc kiedyś stać tak , że przyroda , pozostając piękna i różnorodna , stanie się PRZEWIDYWALNA w swym pięknie.

Na razie tak się jeszcze nie dzieje . Zawdzięczamy to , między innymi , tak znienawidzonym przez ekologów gatunkom obcego pochodzenia. Uciekłszy od BIOPRZEWIDYWALNOŚCI we własnych krajach , wnoszą do polskich ekosystemów głód eksperymentowania i ducha niepokoju .

Najbardziej niespokojnym duchem jest nawłoć kanadyjska . Będąc pod nieodpartym urokiem najpiękniejszego polskiego ptaka – bażanta – postanawia udzielić mu „azylu politycznego”. To rewolucja przemysłowa sprawiła , że dla bażanta i kuropatwy nawłoć stała się ostatnią nadzieją na przetrwanie .W jej gąszczu bażanty mogą sobie bezpiecznie „czyrykać” przez cały rok .

Niektóre rodzime rośliny , jak na przykład sadziec konopiasty , widząc , jak znakomite przynosi to rezultaty ,zawierają „stalowy pakt „ z nawłocią. Przyrzekają jej , biorąc na świadków właśnie bażanty , że będą jej pomagać przy każdej możliwej okazji . Diabeł jednak tkwi w określeniu „PRZY KAŻDEJ MOŻLIWEJ OKAZJI.” W biodyplomacji oznacza ono nic innego jak kryptolenistwo i wygodnictwo .Nawłoć kanadyjska dobrze wie , że sadziec w zimie nie dotrzyma przysięgi .Wolałaby ona więc wejść w azylową koalicję z trzciną ,gdyż trawa ta wytrzymuje zimowe cierpienia . Niestety –trawę tą trudno wyciągnąć z wody...

Znaczenie bioliteratury w moim życiu.

Bioliteratura miała na moje życie wpływ tak wielki , że obecnie dzielę moje życie na dwa etapy : przed poznaniem bioliteratury i po jej poznaniu. W pierwszym etapie byłem zakompleksionym , bojaźliwym człowiekiem przekonanym , że nie nadaję się do niczego /jestem niepełnosprawny od urodzenia/ .

Pierwszym wyłomem w tym wizerunku , choć jeszcze nie decydującym , było moje pierwsze grzybobranie w wieku czternastu lat . Później całkowicie pochłonęła mnie szkoła i nie miałem czasu wgłębiać się w leśną tematykę . Dopiero gdy szkołę ukończyłem , zacząłem szukać zajęcia , które byłoby odpowiednie dla mojej niepełnosprawności . I tu dziękuję za pomoc w wyborze właściwego kierunku Lasom Zabierzowskim , nazwanym potem przeze mnie Puszczą Skał Kmity . Las ten , wraz z siecią swoich labiryntów i zakamarków , wciągnął mnie bez reszty .

Od tego czasu minęło 25 lat – dokładnie połowa mojego życia . Dziś mam już na swoim koncie pięć parków narodowych , mnóstwo rezerwatów przyrody , tysiące /jeśli nie dziesiątki tysięcy/ grzybobrań , podstawy meteorologii , a nawet , co bynajmniej nie jest najmniej ważne , obszary silnie zmienione przez działalność człowieka . Droga do poznania zaawansowanej bioliteratury wiodła oczywiście zawsze poprzez poznawanie piękna „prostej” przyrody .

Dziś , po latach doświadczeń z bioliteraturą , zweryfikowałem także wiele wydawałoby się nie do ruszenia dogmatów . Nie jestem już tak kategorycznym wyznawcą teorii ewolucji jak kiedyś . Zbyt dużo istnieje w przyrodzie pokładów empatii ,zbyt wiele szans mają słabsi , aby to mógł być przypadek . Zbyt wiele cierpienia nie idzie też na marne . Odnoszę nawet wrażenie , że teoria ewolucji została wymyślona po to , by choć po części spróbować usprawiedliwić nasze niegodziwości...

Jednak , moim zdaniem ,wcale to nie oznacza , by przyroda miała dylematy moralne . Dylematy moralne są tylko PATOLOGIĄ PRZYRODY! Parafrazując Einsteina można powiedzieć , że dobro i zło są względne . Stwierdzenie to niesie za sobą bardzo ważne konsekwencje . Liczy się tylko NATURALNOŚĆ / stąd druga nazwa przyrody – natura / .
Naturalność jest procesem biohistorycznym , a nie stanowionym prawem ,stąd naczelna zasada przyrody – żadnej arbitralności ! Wynika to stąd , że żaden gatunek nie może istnieć bez drugiego / nie dotyczy to , niestety , ludzi/ . Każdy gatunek ,żyjąc w zespole z innymi gatunkami , zachowuje jednak zawsze własną tożsamość i wnosi do wspólnoty swój własny styl życia . Gdyby jakiś gatunek chciał narzucić coś drugiemu , jego los byłby przesądzony – w najlepszym razie byłby skazany na samotność i upodobniłby się do człowieka .

Każdy bezstronny obserwator , na przykład turysta , bez trudu odróżni prawdziwą przyrodę od jej podróbki . W parkach narodowych zasada braku ogólnych norm etycznych została zrealizowana w stu procentach . Tam też rozwinęła się najbardziej zaawansowana bioliteratura – zawoalowana w międzygatunkowych zespołach i podparta pięknem krajobrazu . Miłość , śmierć i przemijanie zespalają się tutaj w nienazwane jedno .
Natomiast z podróbką przyrody mamy do czynienia na obszarach zurbanizowanych oraz tam , gdzie jakiś gatunek narzuca innym swoją wolę / i próbuje wprowadzić prawo/. W Lasach Krasowsko – Januszowieckich / na północny wschód od Nowego Sącza/ jest takie miejsce , gdzie sosny postanowiły niepodzielnie rządzić i upodobnić się do siebie pod względem grubości pni . Aż przykro patrzeć na ten kawałek lasu! Mimo iż grzyby mają tu cieplarniane warunki ze względu na brak konkurencji roślin runa , omijają to miejsce z pogardą . Byłem tam tyle razy , a nigdy nie znalazłem ani jednego! Gdyby nie żyzność gleby , na której rosną , już dawno zostałyby z sosen puste kikuty...

Na przeciwległym biegunie znajdują się tolerancyjne jodły . Tolerancję zaczynają od SAMYCH SIEBIE.W zwartych puszczach jodłowych „każdy sobie rzepkę skrobie” – tuż przy jodłowych matuzalemach rośnie sobie jodłowa młodzież . I to właśnie w jodłowych ekosystemach bioliteratura przeżywa burzliwy rozwój .

Na obszarze puszcz jodłowych występuje najciekawsze runo leśne , które nierzadko pisze mikrobioliteraturę . Drobne mchy potrafią tu nawet „ucywilizować „ jeżynę gruczołowatą i zmusić ją do produkcji grzybów rzadkich / oczywiście zgodnie z własnymi wskazówkami/ . Jest to wspaniała biopoezja na temat : mały może więcej”. Zwracam przy tym uwagę na ogromne podobieństwo tego działu biopoezji do klasycznej poezji! Wiadomo przecież , że wielu początkujących poetów naraża się na ostrą krytykę specjalistów właśnie z powodu tego , że w swoich próbkach zbyt często używają słowa „wielki”...

W międzygatunkowych zespołach nie może oczywiście zabraknąć zwierząt . Zawsze uczono mnie , że tworzą one skomplikowane łańcuchy pokarmowe , w których każdy zjada każdego , aby móc przeżyć . Jest jasne , że każdy musi coś zjeść . Ale patrzenie na przyrodę wyłącznie pod kątem zależności pokarmowych jest dokładnie tym samym , co próba nauczenia się gry w szachy poprzez pamięciowe opanowanie wariantów debiutowych . Takie podejście ośmieszałoby zarówno szachistę jak i pasjonata przyrody .

Drapieżcę z ofiarą łączy WZAJEMNY SZACUNEK . Łasica , która poluje na gryzonie , zawsze próbuje znaleźć usprawiedliwienie dla swego postępowania . Zamiast więc od razu brutalnie rozkopywać mysie nory , zaczyna polowanie od przepięknego tańca . U zwierzęcia o tak wysokiej inteligencji na pewno nie jest to zachowanie wrodzone! Żeby osiągnąć taką grację ruchów , potrzeba treningu . To tym bardziej godne podkreślenia , że mysz jest w stosunku do łasicy bardzo upośledzona umysłowo .

W przypadku zwierząt o wysokiej inteligencji mamy do czynienia wręcz z ustawkami . Dwaj śmiertelni wrogowie –wiewiórka i kuna - robią wszystko , by polowanie wyglądało niewinnie – na przykład jak dziecięca zabawa w berka . Najbardziej obrywa się przy tym nie samym zainteresowanym , lecz drzewu , na którym ma miejsce śmiertelny pojedynek!

Oczywiście nie wszystkie drapieżniki charakteryzuje wysoka kultura osobista . Ale wszystkie są ciekawe świata . Dlatego bioliteratura o tematyce myśliwskiej nie pozostawia ich bez refleksji .

I to by było na tyle . Teraz nie pozostaje mi nic innego , jak odwołanie się do ludzkiej wrażliwości . Może ktoś z moich czytelników również spotkał się z bioliteraturą? Jeśli tak , niech podzieli się ze mną swoimi odkryciami .

Jarosław Roman

Ukończono: 31 października 2015 r .

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2019 Edux.pl
| Polityka prywatności | Wszystkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikacji posiadają autorzy tekstów.