X Używamy plików cookie i zbieramy dane m.in. w celach statystycznych i personalizacji reklam. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, więcej informacji i instrukcje znajdziesz » tutaj «.

Numer: 27482
Przesłano:
Dział: Wywiad

"Byłem tam..." - wywiad z tatą

Kiedy w sierpniu 1980 roku przez kraj przetoczyła się fala strajków, mój tata Marek Noga, uczący się w Szczecinie był świadkiem i uczestnikiem zdarzeń, które doprowadziły do powstania NSZZ „Solidarność”. Dzięki rozmowie z tatą przybliżam sobie ówczesną codzienność i rzeczywistość, w której przyszło żyć młodemu człowiekowi.
Aleksandra Noga: Tato, w jaki sposób znalazłeś się w Szczecinie? Co Cię tam sprowadziło?
Marek Noga: W roku 1979, we wrześniu podjąłem naukę w Zespole Szkół Budowy Okrętów oraz praktyki w Stoczni Szczecińskiej, na statkach i na wydziale montażu urządzeń i okrętów, a następnie kadłubów. Dlatego właśnie znalazłem się wówczas w Stoczni Szczecińskiej.
Aleksandra Noga: Jak wyglądała Wasza rzeczywistość, jeszcze przed wybuchem stanu wojennego?
Marek Noga: W roku 1979, w słynnym Supersamie (ówczesnym odpowiedniku dzisiejszych supermarketów samoobsługowych) w czasie przerw kupowaliśmy tam jogurty i nabiał, bo był to sklep rewelacyjnie zaopatrzony. Natomiast w czasie strajków i tuż po strajkach został tam tylko ocet, groszek itd. Na półkach nie było niczego. Byłem w szoku, tam naprawdę nic nie było. Brakowało wszystkiego. Nasza rzeczywistość... była taka jak każdego młodego człowieka, pragnącego wolności, śmiechu i pasji. Czasem brakowało radości.
Aleksandra Noga: Czym zajmowałeś się podczas strajków na stoczni? W jaki sposób pomagałeś strajkującym kolegom?
Marek Noga: W sierpniu, gdy jeszcze nie byłem w szkole (trwała przerwa letnia) dostarczałem strajkującym kolegom koce i jedzenie. Moi starsi o 2 lata znajomi tam walczyli w obronie stoczni. Później ich czarno-białe zdjęcia wisiały przed bramą Stoczni Szczecińskiej. Dlaczego koce? W nocy bywało różnie, czasem było bardzo zimno, a należy pamiętać, że stocznia to nie hotel. Należało im się to, chociażby dlatego, że czując się niepewnie nie dali za wygraną. Gdy znowu rozpocząłem praktyki na innym wydziale stocznia normalnie pracowała. Dalej budowano statki i produkowano części. W naszym radiowęźle przemycane były komunikaty, informacje, których nigdzie indziej nie sposób było usłyszeć. Żadne media, radia czy gazety – nikt nie mówił o tym, co działo się naprawdę obok nas samych. W żadnej z partyjnych gazet, np. w „Głosie szczecińskim”, nigdzie, po prostu nigdzie o tym nie mówili. Dopiero dzięki temu naszemu przekazowi (radiowęzeł stoczniowy i szkolny) dowiedzieliśmy się o uczniu naszej szkoły, który wysiadł z tramwaju. Do przejścia miał jedynie kilkaset metrów. Przy przejściu został trafiony kulą, centralnie w szyję, z karabinu. Mówiono, że to była przypadkowa kula, ale faktem było, że zginął. Michał Skipor, bo tak się nazywał ten kolega, zginął w 1970 roku. Kolejną ofiarą była dziewczyna, którą kulę trafiła z ulicy. Zabiła ją na miejscu. O tym wszystkim oficjalnie mówiono dopiero w 1980 roku, po strajkach sierpniowych.
Aleksandra Noga: Czy dyrekcja wiedziała i akceptowała ten nowy rodzaj przekazywania informacji?
Marek Noga: Dyrekcja zgadzała się praktycznie na wszystko. Część nauczycieli należała do PZPR, a część do Solidarności, nawet spora grupa. Nie było jakichś zgrzytów na terenie szkoły, każdy to akceptował.
Aleksandra Noga: A jak to wyglądało w stoczni? Czy tam też to akceptowano?
Marek Noga: Tak także o wszystkim mówiono przez radiowęzeł. Później zapanowała swoboda informacji, tego wcześniej nie było. Tak również wszystko akceptowano. Były ponadto ulotki, gazetki, np. „Jedność” – bardzo podobna do Solidarności. Właśnie tam znajdowały się aktualne wiadomości, dzięki którym wiedzieliśmy kto i gdzie strajkuje.
Aleksandra Noga: Jak podzielone było społeczeństwo, pracownicy stoczni? Czy były jakieś podziały po ogłoszeniu stanu wojennego?
Marek Noga: Całe społeczeństwo włączone było w 3 grupy. Do grupy pierwszej zaliczano ludzi, którzy należeli do partii, ponieważ sami tego chcieli i była to nieprzymuszona wola. Do drugiej grupy zaliczano osoby, którym grożono i tylko dlatego podpisali tzw. „lojalkę”
Do trzeciej grupy należeli ludzie, którzy zostali zatrzymani przez ZOMO, ale pomimo to nie podpisali niczego i nie zgodzili się na żadną współpracę. Zdarzały się sytuacje kiedy jakiś kolega został zmuszony do podpisania i podjęcia współpracy. Wówczas przychodził do stoczni i mówił żebyśmy nie mówili i nie komentowali przy nim niczego, ponieważ został zmuszony do podpisania współpracy. Ci ludzie, szykanowani, przechodzący niekiedy przez tzw. Ścieżki zdrowia – oni nie tracili szacunku, ludzie mieli dla nich respekt, bo kto by się przyznał do czegoś takiego. Nie było przypadku wykluczenia z grupy. Może dlatego, że każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, z tego, że ktoś musiał to zrobić, mimo wielu nieprzespanych nocy, bólu i utrudnionego życia, w ciągłym strachu.
Aleksandra Noga: Tato, czy mógłbyś opisać w jakich okolicznościach zastał Cię stan wojenny?
Marek Noga: Byłem wtedy w rodzinnym domu. O stanie wojennym opowiedziała mi mama. Początkowo nie wiedziałem czym jest ten obcy stan wojenny. Nigdy nie spotkałem się z takim sformułowaniem. W szkole często mówiono i przygotowywano nas do stanu wyjątkowego, podczas wojny. Dopiero kilka dni później zapoznaliśmy się z godziną milicyjną i nowymi regułami, do których mieliśmy się dopasować. Muzyka klasyczna przed „Wiadomościami”, speakerzy w mundurach no i generał Jaruzelski ogłaszający stan wojenny, to pamiętam. Jako młodzi ludzie myśleliśmy, że powołają nas do wojska, podobnego do oddziałów partyzanckich, jak podczas wojny. Nic takiego nie nastąpiło, ale wiem, że byłem na to gotowy. Wiedzieliśmy także, że jeśli będzie taka możliwość to spełnimy nasz obowiązek i będziemy walczyć, bo to kwestia charakteru.
Aleksandra Noga: Co było dalej, kiedy wróciłeś do Szczecina?
Marek Noga: Na przełomie grudnia i stycznia wszystko się zmieniło. Na ulicach pojawili się milicjanci, ogrzewający się przy koksownikach lub chowający się po klatkach bloków. Gdy wszedłem do stoczni nic nie słyszałem. Na stołówce, gdzie zawsze było głośno nagle zrobiło się tak cicho. Nikt nic nie mówił, jakby wszyscy mieli żałobę. Nikt się nie śmiał. Ludzie patrzyli w jeden punkt, zupełnie bezradni, przygnębieni tą rzeczywistością. Na ulicę wjechały czołgi, a my widzieliśmy jak burzą one jedną z kilku, choć główną bramę stoczni. Ludzie ustawili się, by bronić jej, ale powstrzymała ich zimna woda, bo przecież był przełom grudnia i stycznia. Ludzie zaczęli uciekać, nawet na daleki Dworzec Główny. Później dowiedzieliśmy się o kopalni Wujek na Śląsku.
Aleksandra Noga: Kultura... cenzura... Jak rozwijała się kultura, która była cenzurowana? Czy miała możliwość rozwoju?
Marek Noga: Podczas stanu wojennego powstało wiele utworów oraz nowych zespołów, np. Lady Pank, Perfect, Maanam czy słynna Republika (z Grzegorzem Ciechowskim na czele). U nich, w każdym utworze doszukiwano się czego, co można ocenzurować. No i oczywiście kabarety oraz satyra, które były fenomenalnym wyśmiewaczem władzy i partyjnych działaczy.
Aleksandra Noga: Tato, jakie według Ciebie zmiany były dla młodych najbardziej znaczące, gdy nastały rządy Solidarności?
Marek Noga: Dla mnie i dla moich przyjaciół zdecydowanie najlepsze było przywrócenie prawdziwego polskiego godła i nazwy Rzeczpospolita Polska. Ważna była wolność. Po 1989 roku chciałem czuć wolność, jak każdy młody człowiek. Dopiero w 1989 roku zdałem sobie sprawę z tego, że wolność możemy stracić zawsze, ale możemy ją także odzyskać. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał przejąć absolutną władzę i rząd. Dzięki Solidarności, wiemy, że jeśli naprawdę będziemy chcieli, to mimo przeciwności losu odzyskamy wolność.
Moim rozmówcą był Marek Noga, mój Tata.
Aleksandra Noga
Klasa IB (humanistyczno-filmowo-teatralna)

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2019 Edux.pl
| Polityka prywatności | Wszystkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikacji posiadają autorzy tekstów.