X Używamy plików cookie i zbieramy dane m.in. w celach statystycznych i personalizacji reklam. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, więcej informacji i instrukcje znajdziesz » tutaj «.

Numer publikacji: 1951

Jan Paweł II o samym sobie. Akademia w rocznicę śmierci

Gimnazjum


Urodziłem się w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. Polska była bardzo zagrożona. Wtedy się urodziłem i wtedy mnie ochrzczono tym imieniem, które niosę z sobą przez całe życie… Na imię mam Karol.
Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia, poprzez środowisko, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca: do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego syno-stwa i do wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego kościoła, w dniu 20 czerwca 1920 roku.
Wiadomo, jak wiele dla rozwoju ludzkiej osobowości i charakteru znaczą pierwsze lata życia, lata dziecięce, a potem młodzieńcze. Te właśnie lata łączą się dla mnie nierozerwalnie z Wadowicami… Miasto mojego dzieciństwa, dom rodzinny, kościół parafialny… Wszędzie dobrze, a najlepiej w domu... Wiele wspomnień…

• Wadowice*

W okresie kończenia szkoły średniej i rozpoczynania studiów wyższych różne osoby z mego otoczenia myślały, że wybiorę powołanie kapłańskie. Natomiast ja sam w tym okresie urobiłem sobie przekonanie, że powinienem pozostać świeckim chrześcijaninem… Myśl o kapłaństwie raczej dość zdecydowanie odsuwałem.
Na tamtym etapie życia moje powołanie kapłańskie jeszcze nie dojrzało… Jeżeli młody człowiek o tak wyraźnych skłonnościach religijnych nie szedł do seminarium, to mogło to rodzić domysły, że wchodzi tu w grę sprawa jakichś innych miłości czy zamiłowań. Miałem w szkole wiele koleżanek i kolegów, byłem związany z pracą w szkolnym teatrze amatorskim, ale nie to było decydujące. W tamtym okresie decydujące wydawało mi się nade wszystko zamiłowanie do literatury dramatycznej i do teatru.
Stało się dla mnie jasne, że Chrystus powołuje mnie do kapłaństwa. Nie było to dla mnie jasne w chwili zdawania matury – stało się jasne stopniowo w okresie pomiędzy śmiercią mojego ojca (luty 1941), a jesienią 1942 r.


Jest we mnie od dziecka szczególne przywiązanie do Katedry Wawelskiej. Nie pamię-tam, kiedy byłem tam pierwszy raz, ale odkąd tam zacząłem bywać, czułem się szczególnie zauroczony i osobiście związany z tą katedrą. W jakiś sposób Wawel zawiera całe dzieje Pol-ski. Przeżyłem tragiczny czas, kiedy hitlerowcy osadzili tam swego gubernatora Franka i nad zamkiem powiewał sztandar ze swastyką. To było dla mnie szczególnie bolesna przeżycie. Nadszedł jednak dzień, w którym ten sztandar ze swastyką zniknął i wróciły godła polskie.
Bardzo pragnąłem swoją pierwszą Mszę św. Odprawić na Wawelu w krypcie św. Le-onarda w podziemiach katedry, i tak też się stało. Z pewnością to pragnienie zrodziło się z głębokiej miłości, jaką darzyłem wszystko to, co niosło w sobie ślady mojej Ojczyzny. Jest mi drogie to miejsce, w którym każdy kamień mówi o Polsce, o polskiej wielkości. Kiedy byłem ostatnio w Krakowie również poszedłem na Wawel i tam modliłem się przed grobem św. Stanisława. Nie mogło zabraknąć nawiedzenia tej katedry, która gościła mnie przez dwa-dzieścia lat.

• A my Wom Zycymy*

Patrzę na Kraków. Mój Kraków, miasto mojego życia. Miasto naszych dziejów… Moja miłość do Krakowa jest starsza niż mój pobyt w Krakowie… Urodziłem się poza Krakowem, ale żyjąc na co dzień Krakowem w Wadowicach, stale do Krakowa tęskniłem i uważałem za wielki dzień w moim życiu, kiedy po zdaniu matury w 1938 roku już się tu na stałe przeprowadziłem.

Ja z rodu jestem człowiekiem gór… Chociaż moją Ojczyzną jest cała Polska, wszędzie, gdzie jest Polska, i wszystko, co jest polskie – to jednak z tą częścią Ojczyzny byłem szczególnie związany, bo tam się urodziłem, bo tam spędziłem prawie całe moje życie, tam zostałem powołany do kapłaństwa, do biskupstwa – byłem góralskim biskupem, góralskim kardynałem, a na końcu zostałem góralskim papieżem.

• Papież Słowieński

Myślę, że wynik konklawe w dniu 16 października 1978 roku był zaskoczeniem nie tylko dla mnie… Wierzcie mi, że udając się do Rzymu na konklawe, najbardziej pragnąłem wrócić do mojej umiłowanej Archidiecezji i do Ojczyzny… Skąd mogłem wiedzieć, że wszystkie lata mojego życia, studiów, kapłaństwa, biskupstwa przygotowują mnie do tego wezwania, które wypowiedział Chrystus w dniu 16 października 1978 roku w Kaplicy Syk-styńskiej? Skąd mogłem wiedzieć?... Wierzcie mi, że niełatwo jest opuścić Kraków.


Wrócę do tego, co wydarzyło się w Rzymie na placu św. Piotra w dniu 13 maja 1981 roku… w chwili, kiedy padałem na placu św. Piotra, miałem przeczucie, że wyjdę z tego. Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach… czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę… Jestem dłużnikiem wszystkich…. Jestem dłużnikiem tych, którzy bezpośrednio ratowali moje życie i pomagali mi wracać do zdrowia… Jestem równocześnie dłużnikiem tych, którzy otaczali mnie ową rozległą falą modlitwy na całym świecie. jestem dłużnikiem.

• Abba Ojcze

Zawsze kochałem młodzież… Młodzież jest nadzieją Kościoła; powtarzam to zawsze i przy każdej okazji… jestem przekonany, że Kościół Rzymu, podobnie jak każdy inny Kościół na świecie, musi być budowany wysiłkiem młodych. Oni są pokoleniem, które zawiera JUŻ W SOBIE PRZYSZŁOŚĆ. Przyszłość buduje się za pośrednictwem ludzi młodych… Młodzi, których spotkałem, dali mi pewność, że dzięki nim świat nasz ma przyszłość…
Wcale nie jest tak, że papież prowadzi młodych z jednego krańca globu ziemskiego na drugi. To oni go prowadzą. I choć mu przybywa lat, każą mu być młodym, nie pozwalają mu zapomnieć o jego własnym doświadczeniu, o jego własnym odkryciu młodości i jej wielkiego znaczenia dla życia każdego człowieka


Cierpienie pozostaje fundamentalną rzeczywistością ludzkiego życia. W pewnym sen-sie jest ono tak głębokie jak sam człowiek i dotyka samej jego istoty…
Wiem z własnego doświadczenia… z okresu mojej młodości, że cierpienie ludzkie przede wszystkim mnie onieśmielało. Trudno mi było przez pewien czas zbliżać się do cierpiących, gdyż odczuwałem jakby wyrzut, że oni cierpią, podczas gdy ja jestem od tego cier-pienia wolny… Ale ten okres onieśmielenia przeszedł…
Ja sam miałem udział w cierpieniu i doświadczyłem słabości fizycznej, która pochodzi z niemocy i choroby…
Starość wieńczy życie. Jest czasem żniw. Żniw tego, czego się nauczyliśmy, co prze-żyliśmy; żniw tego, co zdziałaliśmy i osiągnęliśmy, a także tego, co wycierpieliśmy i wytrzymaliśmy.

Życie ludzkie jest przejściem. Nie jest to życie całości do końca zamkniętą pomiędzy datą urodzin i datą śmierci. Jest otwarte ku ostatecznemu spełnieniu w Bogu. Każdy z nas odczuwa boleśnie zamknięcie życia, granicę śmierci. Każdy z nas jakoś jest świadom tego, że człowiek nie mieści się bez reszty w tych granicach, że bez reszty nie może umrzeć.
Pragnę raz jeszcze całkowicie zdać się na Wolę Pana. On Sam zdecyduje, kiedy i jak mam zakończyć moje ziemskie życie i pasterzowanie. Przyjmując już teraz tę śmierć, ufam, że Chrystus da mi łaskę owego ostatniego Przejścia czyli Paschy. Ufam też, że uczyni ją po-żyteczną dla tej największej sprawy, której staram się służyć: dla zbawienia dusz.

• Nie lękajcie się

W ostatnim momencie ziemskiej wędrówki Ojciec Święty stał się ponownie tym, kim był zawsze, człowiekiem modlitwy. Człowiekiem Bożym, głęboko zjednoczonym z Panem, dla którego modlitwa stanowiła nieprzerwanie fundament egzystencji. Gdy miał się z kimś spotkać czy podjąć ważną decyzję, napisać dokument czy udać się w podróż, najpierw zawsze rozmawiał z Bogiem. Najpierw się modlił. Także i tego dnia, zanim wyruszył w swą ostatnią wielką podróż.
Nadeszła godzina 21.37. zorientowaliśmy się, że Ojciec Święty przestał oddychać. I wtedy zobaczyliśmy na monitorze, że jego wielkie serce po kilku jeszcze uderzeniach przestało bić. … Powrócił do domu Ojca.

To wtedy po raz ostatni widziałem jego twarz. Mówiąc prawdę, widziałem ją jeszcze setki razy. O każdej porze. Każdego dnia. Oczami wiary. I oczywiście, oczami serca, oczami pamięci. Nadal też odczuwam jego obecność, choć inną od tej, do której przywykłem.
Ale wtedy po raz ostatni widziałem jego twarz tak dosłownie. Po ludzku. Po raz ostatni widziałem tego, który był dla mnie ojcem i mistrzem. Po raz ostatni widziałem jego sylwetkę, dłonie. Ale przede wszystkim widziałem twarz. Patrząc na nią przypominałem sobie jego spojrzenie. Bo właśnie ono tak uderzało, tak przyciągało uwagę.
Pragnąłem, aby ta chwila trwała wiecznie. Robiłem wszystko w zwolnionym tempie, żeby wydłużyć czas w nieskończoność.
Aż w pewnej chwili poczułem na sobie spojrzenia i zrozumiałem. Zrozumiałem, że muszę…
Wziąłem białą tkaninę i położyłem na jego twarzy. Delikatnie. Jak gdybym się bał, że mogę go zranić. Jakby ten jedwab miał być dla niego ciężarem, udręką.
On przebywał już w domu Ojca, przed obliczem Pana. Ziemskie pielgrzymowanie dobiegło kresu.

• Subito Santo

O nas | Reklama | Kontakt
Redakcja serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji, ogłoszeń oraz reklam.
Copyright © 2002-2019 Edux.pl
| Polityka prywatności | Wszystkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikacji posiadają autorzy tekstów.